Od kropki do kropki

Lepiej spróbować i wiedzieć, że się nie udało, niż żałować, że się nie spróbowało…

Bez kategorii

SK 2025 dzień czwarty

Dziś w planie nieco krótszy szlak od wczorajszego. Chcemy dotrzeć do Dybawki za Krasiczynem. Zobaczymy czy pogoda pozwoli bo prognozy nie nastrajały zbyt optymistycznie.

Pobudka o 5:30, śniadanie mamy zamówione w agroturystyce w której śpimy więc nie będziemy musieli sami przygotowywać jedzenia. Wystarczy spakować plecak i w drogę.

Poranek w Nowej Wsi

Zjedliśmy pyszne obfite śniadanko przygotowane przez właścicielkę Agroturystyki i w dobrych humorach ruszyliśmy w drogę.

Po wyjściu z bazy noclegowej czekało nas na dzień dobry pierwsze z kilku dzisiejszych podejść do góry. I od razu było dejavu wczorajszego szlaku.
Znowu błoto przyklejało się do butów, trzeba było uważać, żeby but nie został w błocie. Na szlaku oczywiście żadnych turystów. Chyba wszyscy wystraszyli się pogody która wyjątkowo w maju nie rozpieszcza.
Po około godzinie marszu dotarliśmy do wsi Huta Brzuska gdzie znajduje się kościół pod wezwaniem NMP Królowej Świata a obok obelisk pamięci żołnierzy Armii Krajowej broniących w latach 1942-1948 ludności gminy Bircza.

Nieco dalej znajduje się budynek który chyba jest byłą szkołą w Hucie Brzuska. Mimo że poniedziałek nikogo wokół nie widzieliśmy, na budynku tylko powiewała biało czerwona flaga.

Po kolejnej godzince szlak doprowadził nas do wiszącego mostu nad Sanem. Most pod naszymi butami lekko zadrgał a gdy akurat jechał samochód poczułem kołysanie jak na huśtawce.

Dalej szlak znowu wiódł przez lesiste mokradła. Po drodze mijaliśmy ostrzeżenia o dziwnym osobniku, którego można spotkać po drodze.

Ale przed czym mamy się obawiać? Czyżby ten osobnik to jakiś naciągacz leśny? Nie mam pojęcia bo na razie nie mieliśmy przyjemności go spotkać.

Pierwszą śniadaniową przerwę zrobiliśmy w wiacie przy świetlicy w Krzeczkowie. I wtedy zaczęło padać. Przeczekaliśmy deszcz i dalej pokonywaliśmy kilometry szlaku. Niestety ten dzień był cały oznaczony opadami. Znowu dopadł nas deszcz. Zarzuciliśmy poncza i brnęliśmy w deszczu do przodu. Takie opady z przerwami jeszcze dwa razy nas dopadły. Ale jako że były tylko przelotne to pierwszy z nich przeczekaliśmy pod drzewami w lesie. Niestety deszcz sprawił że i tak rozmokły szlak wyglądał jeszcze gorzej. Najpierw ogromne kałuże których nie sposób było ominąć.

A potem schodząc w dół czułem się jakbym pierwszy raz po długim czasie założył łyżwy i wszedł na lodowisko. Trzeba było ostrożnie trzymać się ziemi, bowiem było tak ślisko jak właśnie na lodowisku.

Szczęśliwie doszliśmy do Krasiczyna gdzie zeszliśmy na chwilę że szlaku aby zjeść obiad w miejscowej restauracji zamkowej.

Ufff, jakoś udało się dotrzeć do celu. Nawet 2,5 km przed Dybawką po raz nie wiem już który dzisiaj zaczęło padać. Ponczo miałem cały dzień pod ręką bo co jakiś czas trzeba było rozkładać.

Jak już napisałem wyżej dziś założyliśmy bazę noclegową w Dybawce. 400 metrów od szlaku.

Miejscówka świetna, pokój bardzo duży, grzejniki nagrzane, właściciel podwiózł nas nawet po zakupy do pobliskiego miasteczka.

Share this post

2 comments

  1. Nie lekceważcie ostrzeżeń przed niedzwiedziem i nie próbujcie sobie robić z nim selfie. Przypadkiem wiem co mogą zrobić bieszczadzkie misie. A Krasiczyn przepiękny jak włoski renesans, jakoś nie pasuje do tego błota.

Skomentuj Czesio1 Anuluj pisanie odpowiedzi

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *