Za oknem szaro i ponuro. Prognozy wskazują, że cały dzień na padać. A my musimy dotrzeć do wioski Widełki. Coś czuję że czeka nas całodzienna wędrówka w ponczo.

Bylo nas trzech, zostało nas dwóch. Marcin zrezygnował, wycofał się z powodu pogody. Szanujemy Jego wybór i bardzo dziękujemy za te dni wspólnej wędrówki. I za to że mimo kiepskich prognoz sprzed tygodnia podjął decyzję żeby przyjechać do Rzeszowa i ruszyć na szlak z nami. Tych kilka dni wspólnej przygody na szlaku będziemy zawsze pamiętać. Dzięki Marcin i do zobaczenia na szlaku!
My z Rafałem postanowiliśmy podjąć rękawicę, którą rzucił nam karpacki szlak i spróbować jeszcze przejść chociaż ten jeden dzień, żeby odznaczyć pewien istotny fragment na szlaku. Ale o tym za chwilę.
Z naszej bazy w Polanie wyszliśmy o 7:15. Niby późno ale okazało się że kolega, który nam „towarzyszy” od początku szlaku też wyszedł o tej porze. Spotkaliśmy go dochodząc do szosy. Zaskoczenie było bo on zwykle wychodził wcześniej od nas i tylko jego ślady w błocie na szlaku widzieliśmy.
Po kwadransie spaceru od bazy noclegowej doszliśmy do niebieskich znaków karpackiego szlaku. Deszcz mżył od rana ale nie był zbyt uciążliwy więc pozostałem w kurtce przeciwdeszczowej i pokrowcu na plecak. Na razie to wystarczało.
Na początku tej części naszego fragmentu niebieskiego szlaku przechodzimy mostem nad potokiem Czarne.

Szlak powoli piął się pod górę asfaltową drogą. Zdjęć dziś zbyt dużo nie robiłem bo tak naprawdę to nie było co fotografować. Tylko las, błoto i tyle.
Wyczekiwaliśmy na trasie pierwszej wiaty turystycznej gdzie moglibyśmy dopracować nasz ekwipunek wędrówkowy. Rafał zmienił ubiór, ja postanowiłem założyć ponczo bo kurtka plus pokrowiec była trochę zbyt ubogim wyposażeniem na siąpiący deszcz.

Przed nami podejście na szczyt Otryt. A właściwie na pasmo Otrytu.

Pod Hulskie szlak był bardzo przyjemny, szutrową droga wśród lasu. Nawet siąpiący deszcz nie był tak uciążliwy żeby zniechęcić nad do wędrówki. I wtedy właśnie postanowił zastrajkować mój zegarek. Nie wiem jak to się stało ale nagle zamiast trekkingu pojawiło się u mnie pływanie w ramach triathlonu. Oczywiście to co przeszliśmy do tej pory zostało usunięte. Zdenerwowałem się trochę, ale najważniejszy jest szlak. A ten od tego momentu mocno się rozjechał. Podejście w pełnym błocie na tym fragmencie było bardzo ciężkie. Nie było obejść szlaku a brodzenie w pełnym błocie było bardzo ryzykowne, groziło zaburzeniem w gęstej mazi co do przyjemności nie należało.
Od tego momentu idąc szlakiem wyglądaliśmy Chaty Socjologa jako potencjalnego miejsca gdzie moglibyśmy się ogrzać, zjeść posiłek pod dachem. I po około 14,5 km od rozpoczęcia szlaku na niewielkiej polanie naszym oczom ukazała się owa Chata.

Z pewną nieśmiałością nacisnęliśmy klamkę w chacie wchodząc do sieni pełnej różnego rodzaju obuwia. Jak nakazuje dobry zwyczaj i prośba wyrażona przy drzwiach zdjęliśmy obuwie, skorzystaliśmy z pozostawionych tam klapek i weszliśmy śmiało do chaty kierując się ku dużej sali kominkowej. Powitał nas gospodarz zapraszając do ogrzania się przy kominku.

Miejsce niezwykłe klimatyczne, przy takiej pogodzie jak dziś nic tylko wziąć jedną z wielu książek w biblioteczce i przy płonącym kominku zagłębić się w lekturze.

Niestety nam nie dane było zbyt długo tam siedzieć bo czas gonił nas. Wypiliśmy duży garnuszek herbaty przygotowany przez niezwykle sympatycznego gospodarza, zjedliśmy przygotowane rano kanapki i z ciężkim sercem zarzuciliśmy na plecy mokre ponczo, a na nogi zimne buty.
Z chaty Socjologa szlak wiódł mocno w dół. Ciężko było przyzwyczaić się do wędrówki bo po ciepłym kominku wszystko wydawało się tak mocno wychłodzone.
Jedyne co od tego momentu pamiętam to fakt, że było mi zimno i potrzebowałem czasu żeby się rozgrzać oraz to, że szlak w tym miejscu był niczym mini trasa narciarska. Nie, nie przesadzam. Szlakiem płynął z góry potok. Zamienił on szlak w trasę narciarską. Co chwilę ślizgaliśmy się butami na błocie uważając żeby nie zaliczyć upadku.
Udało nam się dotrzeć do utwardzonej drogi i za chwilę do asfaltu. I tu pojawił się ostatni tego dnia zanotowany interesujący fragment.

Tak, to ten moment. 200 km szlaku za nami! Czas bardzo szybko mija. Nie tak dawno było 100, a tu już 200. Coraz bliżej połowy szlaku. Do końca jeszcze daleko, czy uda się dotrzeć do kropki w Grybowie? Tego nie wiem, o tym nie myślę na razie. Cieszę się tym co jest już za nami, tym co jest to i teraz. Bo każdy dzień w tych górach jest pięknym przeżyciem, jest chwilą, która pozostanie w pamięci.
Co nas czeka jutro? Tego nie wiem. Planujemy przejście szlakiem z Widełek przez Bukowe Berdo, pod Tarnicą do Wołosatego i dalej do Ustrzyk Górnych. Czy pogoda pozwoli? Czas pokaże. Prognozy są mało optymistyczne, ale skoro dziś się udało przejść w deszczu to czy jutro nas pokona? Oby nie.

Możecie przechodzić koło miejscowości Stuposiany, miejsca rekordu najniższej temperatury w Polsce, ale na szczęście to było w zimie. A jak znalazłem w Wikipedii, przed samymi Widełkami jest ładny wodospad.
Szlak raczej omija te większe miejscowości. Stuposiany też kilka kilometrów od szlaku. Ten szlak z założenia ma być dziki. Ale tyle błota ile tu jest to nie widziałem w całym swoim życiu.