Od kropki do kropki

Lepiej spróbować i wiedzieć, że się nie udało, niż żałować, że się nie spróbowało…

Bez kategorii

SK 2025 dzień dziewiąty

Od wczoraj ciągle pada. Całą noc deszcz stukał w okna, dostawa wody z nieba trwa w najlepsze. Nawet nie potrafię sobie wyobrazić jak dziś wyglądają po tych opadach te szlaki, którymi już szliśmy. Tam już z pewnością nie ma gdzie uciec w miarę suchą stopą. Nam jeszcze w miarę się udało.

A co dziś nas czeka? Czy w ogóle wyjdziemy na szlak? Mamy trasę Widełki – Tarnicą – Ustrzyki Górne. 22 km i ponad 1000 metrów przewyższeń. Ale dopóki nie przestanie padać wędrówka w takich warunkach mija się z celem. Nic wszelką cenę. Na razie poczekamy na poprawę pogody.

Pogoda nie poprawiła się ale postanowiliśmy powalczyć na szlaku. Początek szlaku w miejscowości Widełki. Budka z biletami, przystawiona pieczątka, krótka rozmowa z panem bileterem i ruszamy na szlak. I już na dzień dobry szlak zryty przez zwózkę drzewa.

Żeby przejść bez większych strat trzeba było wspiąć się na stos ściętych drzew. I gdy udało się sforsować ten fragment, gdy dalej prowadziła szutrowa droga przez las wydawało się że sytuację mamy opanowaną. Niestety było inaczej.

Po chwili szlak skręcał w prawo. Spojrzeliśmy i nie wierzyliśmy oczom w to co widzimy. W miejscu gdzie trzeba było wejść w las płynęła rzeka. Rwący potok szerokości co najmniej trzech metrów. Żadnej kladki, żadnych kamieni czy drzewa po których możnaby przejść. Staliśmy tam kilka minut dumając jak rozwiązać ten problem. Szukaliśmy poniżej potoku i powyżej jakiegoś miejsca do przejścia i mimo że było trochę węziej to nie na tyle żeby przeskoczyć a potok był głęboki i rwący. Już nawet takie myśli były żeby zdjąć buty i skarpety i przejść gołymi stopy przez potok.

W końcu Rafał znalazł nieco powyżej miejsce gdzie można stąpając na kamień przeskoczyć na drugą stronę. Jemu się udało. Mi tylko połowicznie. Prawa noga trafiła na twardy grunt, lewa niestety na chwilę zanurzyła się w rwącym potoku.

Skarpety wodoodporne trochę uratowały sytuację i mogłem spokojnie iść dalej w górę.

Deszcz siąpił praktycznie cały czas. Idąc lasem trochę mniej to odczuwaliśmy. Po przejściu około 6 km odtrąbiliśmy połowę sukcesu. Za nami już było 215 km szlaku. Teraz już odliczamy w drugą stronę. Tylko czy się uda? Teraz przed nami będą dłuższe fragmenty szlaków i z większymi przewyższeniami.

Za szczytem Widełki szlak dalej powoli piął się to góry. Tuż przed końcem lasu była wiata w której zrobiliśmy sobie przerwę śniadaniową.

Po wyjściu z lasu dmuchnął na nas zimy wiatr. Powietrze spadło momentalnie o kilka stopni, czyli się lodowate powiewy. A to nie był jeszcze koniec. Dalej było tylko zimniej. Na grani Bukowego Berda po obu stronach była tylko mgła i siąpiący deszcz. Żadnych widoków gór.

Przyspieszyliśmy kroku żeby jak najszybciej pokonać otwartą przestrzeń ale nie było to takie proste. Bo to kilka godzin wędrówki nieosłoniętą granią. Ciekawostką dla nas był fakt, że wreszcie pojawili się idący z naprzeciwka turyści. Dla nas to nowość bo do tej pory to więcej saren na szlaku widzieliśmy niż idących piechurów. Oczywiście nie byli to wędrowcy karpackiego szlaku ale zawsze miło jest usłyszeć od kogoś na szlaku standardowe „cześć”. Mijaliśmy nawet rodziny z dziećmi i tak się zastanawiałem co oni zrobią jak dojdą prawie na sam dół szlaku i zobaczą rwący potok przecinający szlak.

Tymczasem my dalej szliśmy granią osłaniając się od wiejącego mocno wiatru i zacinającego deszczu, który po chwili zaczął zamieniać się w śnieg. Najpierw nieśmiało udając jakiś niby grad a potem coraz bardziej w białe płatki puchu.

Po osiągnięciu drugiego szczytu Bukowego Berda zaczęliśmy schodzić w dół ku Przełęczy Goprowskiej. Tam znajduje się odnowiona niedawno wiata turystyczna.

Zjedliśmy tam trzecie śniadanie, chwilę odpoczęliśmy i ruszyliśmy na ostatnie tego dnia podejście. Najpierw na przełęcz pod Tarnicą a stamtąd postanowiliśmy zejść na chwilę z niebieskiego szlaku karpackiego i zdobyć szczyt Bieszczadów czyli Tarnicę. Tam już wiało koszmarnie. Do tego sypał śnieg więc cykneliśmy tylko szybkie fotki i uciekliśmy na dół.

Przy zejściu z Tarnicy pojawiły się wreszcie pierwsze nieśmiałe widoki.

Szkoda że ta pogoda była dziś tak niesprzyjająca bo idąc tym szlakiem można zwykle napawać się cudnymi krajobrazami. No ale nie można mieć wszystkiego.

Dzień ten dał nam mocno popalić. Ale jednocześnie ukształtował w nas hart ducha, silne pragnienie walki z niesprzyjającymi warunkami pogodowymi, silną wolę podjęcia rzuconej nam przez naturę rękawicy żeby jednak iść do przodu, nie poddawać się mimo trudnych chwil na szlaku. I chyba jesteśmy silniejsi z każdym dniem.

Połowę mamy już za sobą. Od jutra odliczamy w dół. Co z tego wyjdzie? Czas pokaże.

Share this post

2 comments

  1. Zaczęliście jak wycieczka turystyczna a teraz jak pionierska wyprawa w dzikiej Syberii. Macie chociaż Gripex ?
    No i dotarliście na Giewont, gratulacje 🙂

    1. Oj dziki ten szlak się zrobił szczególnie teraz. Zero wiosek po drodze, zero sklepów, zasięg też tylko od czasu do czasu.
      Gripexu nie mam ale są jakieś inne specyfiki.

Skomentuj TomaszK Anuluj pisanie odpowiedzi

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *