25 kwietnia 2026 – dzień pełen wyzwań i satysfakcji.
Miał to być tylko rozruch przed Niebieskim Szlakiem Sudeckim.
I był… chyba aż za bardzo. Bo nogi dostały w kość konkretnie. Ale po kolei.
Na nocleg wybieramy możliwie najbliższe miejsce startu – bacówkę na Obidzy. Klimatyczną, prostą, górską. Taką, w której nie szuka się luksusów, tylko chwili odpoczynku przed długim dniem. I to w zupełności wystarcza.
Sobota zaczyna się… zanim jeszcze zdąży się na dobre zacząć. Pobudka w środku nocy. Szybkie ogarnięcie i o 4:35 ruszamy na szlak.

Pierwsze kilometry to spokojne wchodzenie w rytm. Mięśnie jeszcze zaspane, oddech nierówny, organizm trochę zaskoczony. Ale z każdym krokiem wszystko zaczyna wracać na swoje miejsce.
Co jakiś czas dajemy o sobie znać – rozmowy, gwizdnięcia, trochę hałasu. W głowie gdzieś siedzą ostrzeżenia o niedźwiedziach, więc wolimy uprzedzić ewentualne spotkanie.
Po około godzinie marszu, wraz ze wschodem słońca, docieramy na Przełęcz Rozdziela. Tu zaczyna się nasz szlak – Diament Pienin.


Pierwsze poważne wyzwanie pojawia się szybko. Podejście na Wysoką (1050 m n.p.m.). Jeszcze jesteśmy w trybie rozruchu, więc idziemy spokojnie, bez szarpania tempa. Wiadomo – przed nami długi dzień, a siły trzeba rozłożyć rozsądnie.

Cały szlak dzielimy sobie na trzy części: pierwsza – do przeprawy tratwą przez Dunajec, druga – do przeprawy przez Jezioro Czorsztyńskie, trzecia – do mety w Nowej Białej.
Pierwszy odcinek mija zaskakująco sprawnie. Około 20 kilometrów do Dunajca znika gdzieś między rozmowami, widokami i porannym słońcem. Idzie się lekko.
Pierwszy ważny przystanek – Schronisko PTTK na Orlicy. Tu kończy się pierwszy etap.

Jajecznica, naleśniki, kawa, do tego szarlotka. Szybkie ładowanie akumulatorów, ale bez przesady – wiemy, co nas za chwilę czeka. Bo przed nami jedno z najostrzejszych podejść na całym szlaku – Sokolica (747 m npm). Ponad 300 metrów przewyższenia na zaledwie jednym kilometrze.
Zanim jednak zaczniemy się z nią mierzyć – przeprawa tratwą przez Dunajec.

Druga część trasy okazuje się najtrudniejsza. Podejście na Sokolicę daje w kość. Do tego tłumy turystów, które skutecznie wybijają z rytmu. Tu po raz pierwszy naprawdę czuję zmęczenie.
Ale to właśnie tutaj pojawia się coś, co na chwilę pozwala o tym zmęczeniu zapomnieć. Gdzieś w oddali wyłania się panorama ośnieżonych szczytów Tatr. Wyraźna, majestatyczna, przyciągająca wzrok na dłużej.


Ten widok będzie nam towarzyszył jeszcze wiele razy w dalszej części wędrówki – raz bliższy, raz ledwie zarysowany na horyzoncie, ale za każdym razem budzący ten sam zachwyt. Na podejściu na Czertezik zaczyna być ciężko. Coraz częstsze przystanki, żeby złapać oddech, uspokoić tętno.
Pod Okrąglicą robimy krótką przerwę, ale w głowie cały czas tyka zegar. Na Dunajcu usłyszeliśmy, że przeprawy gondolą przez Jezioro Czorsztyńskie mogą być tylko do około 16:00. Nie ma czasu na długie postoje. Ruszamy dalej, tym razem już bardziej zdecydowanie.
Do Czorsztyna docieramy zmęczeni, ale na szczęście gondola kursuje.

Chwila oddechu i jesteśmy po drugiej stronie – w Niedzicy. Drugi etap za nami. Zatrzymujemy się w Karczmie Hajduk na szybki obiad. Pierogi ruskie, pierogi ze szpinakiem, placki ziemniaczane i kawa – szybkie uzupełnienie energii po ciężkim odcinku.
To też moment decyzji. Zmęczenie jest spore. Nogi bolą, w głowie pojawia się myśl, że może wystarczy. Ale z drugiej strony… tyle już za nami. Decyzja zapada szybko – idziemy dalej. Mimo zmęczenia. Mimo bólu. Mimo późnej pory.



Trzeci odcinek nie zamierza być łaskawszy. Podejście na Żar jeszcze jakoś idzie, ale zejście… to zupełnie inna historia. Stromo, ślisko, momentami bardziej zjazd niż zejście. Kolana dostają solidnie w kość. To jeden z tych momentów, kiedy człowiek marzy tylko o płaskim terenie.
Na szczęście w końcu wychodzimy z lasu. Najpierw łąki, potem asfalt. Zapada zmrok.
I w końcu – most w Nowej Białej. Meta. Tu kończą się Pieniny. Tu kończy się nasz szlak. Udało się. Diament Pienin jest nasz!

Na koniec jeszcze jedno.
Wielkie dzięki dla całej ekipy, bo bez Was ten dzień nie byłby taki sam.
Marcinowi – za to, że rzucił pomysł przejścia Diamentu Pienin i ogarnął całą organizację wyprawy.
Dziewczynom – za odwagę, podjęcie tego wyzwania i niesamowitą wytrwałość. Za to, że mimo zmęczenia i chwil słabości szłyście dalej i dotarłyście do mety.
Jackowi – za bezpieczny transport, zarówno na start, jak i szczęśliwy powrót do domu.
Dzięki ekipo.
Do zobaczenia na szlaku!

Czesio, gratuluję kondycji, chęci i dotarcia do mety. Apetyt na to chodzenie po górach masz coraz większy. Czy jest szczyt w Polsce, który chciałbyś zdobyć?
Dzięki wielkie! 😊 Faktycznie, apetyt rośnie w miarę chodzenia. Jeśli chodzi o konkretne cele, to na pewno chciałbym kiedyś dokończyć Orlą Perć na odcinku od Zawratu do Koziej Przełęczy. No i wrócić jeszcze na Rysy i Kozi Wierch – bo takie miejsca zawsze przyciągają ponownie.