Trzeci dzień wędrówki sudeckim szlakami przede mną. Pogoda za oknem na razie wyśmienita ale prognozy zapowiadają możliwe opady od południa. Dobrze by było wyrobić się przed deszczem. Plan na dziś to Chrośnica, to około 28 km od mojego obecnego miejsca noclegowego. Patrząc z perspektywy wczorajszego dnia nie wydaje się to ekstremalnie dużo ale podchodzę do każdego kilometra z pokorą bo w nogach mam już 64 kilometry a dużo dużo więcej jeszcze przede mną.
Śniadanie już zjadłem, teraz szybka kawka i mogę ruszać w drogę.
Godz. 15:20 melduję się w dzisiejszej bazie noclegowej. Dziś przeszedłem 36 kilometrów.
Niestety po raz kolejny nie udało się zrealizować pierwotnego planu, czyli zakończyć dnia w Chrośnicy. Byłem tam jednak tak wcześnie i czułem się na tyle dobrze, że postanowiłem ponownie przedłużyć trasę. Wykonałem kilka telefonów do potencjalnych miejsc noclegowych. W jednym usłyszałem, że trzeba dać znać dzień lub dwa wcześniej, bo „trzeba się przygotować”. W drugim pani poinformowała mnie, że przyjmować gości będą dopiero od weekendu Bożego Ciała, bo trwa jeszcze remont. Na szczęście trzecie miejsce okazało się strzałem w dziesiątkę — bardzo uprzejmy gospodarz nie tylko przyjął moją rezerwację w rozsądnej cenie, ale nawet zrobił mi zakupy, o które poprosiłem. A to na takim szlaku bywa bezcenne, bo sklepu po drodze oczywiście nie było.
Ale wracając do samej wędrówki – dzisiejszy dzień był jak dotąd najtrudniejszy, mimo że wcale nie najdłuższy. Trasę mógłbym podzielić na trzy części: najpierw był „asfalting”, później „szutring”, a na końcu pełnoprawny „trawing”.
Pierwsza część prowadziła sporą ilością asfaltu stromym zboczem wzdłuż zbiornika wodnego Bóbr, który po chwili przeistoczył się w Jezioro Pilchowickie.

Na jego końcu znajdowała się kolejna w tym regionie zapora wodna. Już z daleka widziałem pracujących tam mężczyzn w żółtych kurtkach i pomyślałem sobie tylko: „oby mnie przepuścili”. Chyba jednak pomyślałem o tym w złym momencie, bo gdy dotarłem na miejsce, przed sobą zobaczyłem zamkniętą bramę i napis „przejścia nie ma”.
Problem w tym, że właśnie tędy prowadzi niebieski szlak. Innego obejścia nie było – chyba że wpław. Obok znajdowało się małe przejście, więc przecisnąłem się przez ogrodzenie i ruszyłem dalej, licząc po cichu, że robotnicy mnie nie zauważą. Pracowała tam jednak głośna maszyna i jeden z nich w końcu mnie dostrzegł. Stanowczym gestem nakazał mi się wycofać. Próbowałem zapytać, którędy mam przejść, ale tylko wzruszył ramionami.
Podszedłem więc bliżej i zacząłem negocjacje – a właściwie prosić, żeby pozwolił mi przejść, bo idę długim szlakiem i musiałbym nadrabiać kilkanaście kilometrów. Na szczęście człowiek okazał zrozumienie dla górskich pasji. Sam powiedział, że lubi chodzić po górach i ostatecznie przeprowadził mnie przez zaporę aż na drugą stronę. Uff… naprawdę nie wiem, co zrobiłbym, gdyby uparł się przy zakazie.
Po drugiej stronie znajdowała się restauracja. Niby wisiała kartka „otwarte”, ale drzwi nie dało się otworzyć. Usiadłem więc tylko na kilka minut na ławce, zrobiłem krótkie wietrzenie stóp i ruszyłem dalej.
Kolejne kilometry mijały całkiem szybko. Tempo miałem dobre, nogi niosły bez większego problemu. Asfalt stopniowo zamienił się w leśno-polny szutring, a szlak do tego momentu był oznaczony bardzo dobrze.



Tylko raz, za grodziskiem w Płaszczyźnie, zgubiłem ścieżkę i znów uratował mnie zegarek z mapą — bez niego dołożyłbym sobie niepotrzebnych metrów.
Prawdziwy hardkor zaczął się jednak zaraz za Chrośnicą. Po zejściu z asfaltu dotarłem do zagrodzonego przejścia. „No pięknie” — pomyślałem. Wyglądało to tak, jakby szlak nagle prowadził przez teren prywatny. Przeszedłem więc ostrożnie ponad taśmami i ruszyłem dalej. GPS prowadził mnie w stronę gospodarstwa rolnego, a z daleka słyszałem już szczekanie psów. Po chwili wybiegły mi naprzeciw cztery ujadające psiaki.
Nie było jednak odwrotu. Wziąłem z pobocza kawałek drewna i spokojnym głosem zacząłem do nich mówić, idąc powoli krok po kroku. Na szczęście obyło się bez większych problemów. Tuż przed gospodarstwem skręciłem w prawo i poszedłem dalej, mając nadzieję, że najgorsze już za mną.
Niestety nie było. Ten fragment szlaku był praktycznie w ogóle nieoznaczony i prowadził przez wysokie trawy. Gdyby nie mapa w telefonie, nie miałbym żadnych szans, żeby trafić na właściwą drogą. Przedzierałem się przez krzaki i zarośla, a kiedy w końcu zobaczyłem upragnione niebieskie oznaczenia, okazało się, że prowadzą mnie… w przeciwnym kierunku. Wtedy naprawdę pomyślałem sobie kilka „ciepłych słów” o znakarzach. Ostatecznie kawałek przeszedłem żółtym szlakiem i jakoś wróciłem na właściwy niebieski.
Dalsza część dnia przebiegła już spokojnie i bez przygód.

Bez problemu dotarłem do bazy noclegowej. Miejsce jest bardzo klimatyczne, są tu też inni turyści, podobno wieczorem planowane jest ognisko. Ja jednak marzę w tej chwili głównie o prysznicu, szybkim praniu i odpoczynku.
Na jutro nie mam jeszcze konkretnego planu. Planowy nocleg wypada po około 17 kilometrach marszu, w schronisku PTTK Szwajcarka, a to trochę za krótki dystans, żeby kończyć dzień. Muszę więc jeszcze sprawdzić, gdzie dalej można będzie zanocować.
I jeszcze jedna ważna rzecz – mam już za sobą prawie 100 kilometrów marszu. Gdzieś tutaj, w okolicach miejsca, w którym dziś nocuję, mija pierwsza setka tej wędrówki. Jak na trzy dni marszu, to chyba całkiem niezły wynik. Oby tak dalej.

Nie ważne ile km masz w nogach😉, najważniejsze ile energii i zapału do dalszej wędrówki masz w głowie 🤗👍