Od kropki do kropki

Lepiej spróbować i wiedzieć, że się nie udało, niż żałować, że się nie spróbowało…

Bez kategorii

Nie jestem sam na szlaku

Piąty dzień sudeckiej przygody czas zacząć.

Plan na dziś jest prosty – dotrzeć do Szczawna-Zdroju.

Pogoda na razie wydaje się stabilna, nogi jeszcze chcą współpracować, więc nie ma sensu zbyt długo zwlekać. Trzeba pakować mandżur i ruszać dalej przed siebie.

Dzisiejszy dzień zapowiada się jednak ciekawie jeszcze z jednego powodu. Z naprzeciwka idą dwie dziewczyny, które od dziesięciu dni wędrują Niebieskim Szlakiem Sudeckim.

Będzie więc w końcu okazja przybić piątkę z kimś, kto tak jak ja przemierza ten sam szlak.

Dziś na szlaku miałem wrażenie że przechodzę deja vu wczorajszego dnia.
Znowu pierwsza część trasy okazała się całkiem spokojną wędrówką, z niewielką liczbą przewyższeń i przyjemnym rytmem marszu. A potem, jakby na zawołanie, przyszła druga część dnia – krótsza, ale za to wypełniona konkretnymi podejściami i ścianami ciągnącymi się ostro pod górę.

Ale po kolei.

Po wyjściu z Pisarzowic czekało mnie pierwsze tego dnia podejście. Nie było ani szczególnie strome, ani wyjątkowo długie, ale gdy dotarłem na jego szczyt, przede mną otworzyła się piękna panorama gór.

I znowu stanąłem jak zaczarowany. Patrzyłem przed siebie i przez chwilę wcale nie miałem ochoty ruszać dalej. Są takie momenty na szlaku, kiedy człowiek najchętniej po prostu usiadłby gdzieś z boku i chłonął widoki bez patrzenia na czas, kilometry czy plan dnia.

Piękne są te nasze polskie góry.

Dziś po raz pierwszy na tym szlaku naprawdę poczułem, że nie jestem tu sam. Spotkałem dwie sympatyczne dziewczyny wędrujące Niebieskim Szlakiem Sudeckim w przeciwnym kierunku. Zatrzymaliśmy się na dłuższą chwilę i szybko złapaliśmy wspólny język, bo na takich szlakach ludzie doskonale rozumieją się praktycznie bez większego tłumaczenia.

Pogadaliśmy o naszych doświadczeniach z długodystansowych wędrówek, o tym jak wygląda szlak po drugiej stronie, wymieniliśmy informacje o noclegach, sklepach i miejscach, gdzie można coś zjeść albo uzupełnić zapasy.

Po kilkunastu minutach każde z nas ruszyło dalej w swoją stronę, ale takie spotkania zawsze zostają później w pamięci.

Po raz kolejny utwierdziłem się w przekonaniu, które powtarzam od dawna – ludzie chodzący długodystansowymi szlakami to naprawdę wyjątkowo sympatyczne i pozytywnie zakręcone osoby.

Pozdrowienia dla Was dziewczyny i powodzenia dalej na szlaku!

Wkrótce docieram do pierwszego dziś miasta – Kamiennej Góry. Zatrzymałem się na rynku, żeby chwilę odetchnąć, uzupełnić płyny i wrzucić w siebie jakiegoś batona. Po kilku dniach spędzonych głównie w ciszy gór i lasów ten miejski harmider zaczął mi jednak szybko przeszkadzać. Samochody, hałas, ludzie… człowiek bardzo szybko odzwyczaja się od takich klimatów.

Dlatego dość szybko czmychnąłem dalej, byle tylko znowu znaleźć się poza miastem.

Ale za miastem wcale nie było lepiej. Znowu zaczął się „asfalting”. Wąska szosa, samochody pędzące z naprzeciwka i ciągłe uskakiwanie na pobocze, żeby jakiś rozpędzony wehikuł przypadkiem mnie nie zdmuchnął.

Z prawdziwą ulgą przyjąłem więc moment, gdy szlak w końcu odbił w polną drogę. Było trochę pod górę, ale za to znowu pojawiły się piękne panoramy widokowe i od razu człowiekowi wrócił lepszy humor.

Niestety zejście po chwili ponownie zamieniło się w asfaltową drogę prowadzącą do Czarnego Boru. Tam zatrzymałem się w miejscowej piekarni. Dwie solidne drożdżówki smakowały jak najlepsza regeneracja po porannych kilometrach.

Naładowany kaloriami mogłem ruszać dalej. A przede mną było jeszcze około 15 kilometrów i ponad 600 metrów przewyższeń.

Najpierw podejście na górę Boreczną. I właśnie tam znowu udało mi się zgubić szlak. Zamiast zawracać postanowiłem jednak iść dalej wydeptaną ścieżką, licząc że za chwilę znowu połączy się z niebieskimi oznaczeniami.

No i połączyła się. Choć wcześniej musiałem trochę poprzedzierać się przez powalone drzewa i konary.

Kolejne wyzwanie to Chełmiec Mały. Tutaj zaczęły się już konkrety. Wąski, stromy lej ciągnący się ostro pod górę sprawił, że kilka razy musiałem zatrzymać się, żeby uspokoić oddech.

A potem został jeszcze sam Chełmiec. Na szczycie stoi wieża widokowa, ale tym razem odpuściłem sobie wejście na górę. Nogi dostały już wystarczająco mocno w kość.

Za to zejście z Chełmca… To była prawdziwa ściana w dół. Na odcinku około 400 metrów szlak traci mniej więcej 150 metrów wysokości. I naprawdę nie chcę sobie wyobrażać schodzenia tamtędy po deszczu. Już przy suchej nawierzchni trzeba było bardzo uważać.

A potem jeszcze przez kolejne dwa kilometry dalsze ostre zejście i powoli zaczęły wyłaniać się zabudowania Konradowa, a chwilę później Szczawna-Zdroju.

To właśnie tutaj znajduje się moja kolejna baza noclegowa. Willa Luna leży

przy samym szlaku, więc długo szukać nie musiałem. Zameldowałem się, zrobiłem szybkie pranie i wyszedłem jeszcze na miasto na obiad.

Teraz czas na kawę i popołudniowy odpoczynek.

A jutro kierunek Glinno.

Wreszcie dystans zaczynający się od cyfry dwa.

Share this post

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *