Od kropki do kropki

Lepiej spróbować i wiedzieć, że się nie udało, niż żałować, że się nie spróbowało…

Bez kategorii

Najtrudniejszy dzień?

Dziś domykam pierwszy pełny tydzień wędrówki Niebieskim Szlakiem Sudeckim.

Celem na dziś jest Przełęcz Srebrna. Mapa pokazuje około 34 kilometrów, blisko 11 godzin marszu i prawie 1300 metrów przewyższeń. Patrząc na liczby można odnieść wrażenie, że będzie to jeden z najtrudniejszych dni tej wyprawy.

Ale mapa pokazuje tylko cyfry. Prawdziwą odpowiedź jak zawsze da dopiero szlak.

Na razie jednak nie ma co zbyt długo analizować. Śniadanie zjedzone, kawa wypita, mandżur spakowany.

Trzeba ruszać dalej. Bo droga sama się przecież nie zrobi.

Z bazy noclegowej wyszedłem dziś trochę wcześniej niż zwykle – o 6:15. Niby tylko kwadrans różnicy, ale przy takich dystansach człowiek zaczyna wierzyć, że każda minuta snu mniej to kilometr więcej w nogach.

A dzień zapowiadał się konkretnie. Dużo kilometrów, sporo przewyższeń ale tym razem największe podejścia już na początku. Pierwsze siedem kilometrów oznaczało ponad 600 metrów w górę.

Ale zanim dotarłem do tego siódmego kilometra, szlak przygotował dla mnie całkiem miłą niespodziankę.

200 kilometrów Niebieskiego Szlaku Sudeckiego już za mną! A więc połowa drogi została osiągnięta. Teoretycznie teraz powinno już być z górki.

No właśnie… szkoda tylko, że ten szlak najwyraźniej nie zna znaczenia słowa „z górki”, bo nadal uparcie prowadził pod górę.

Siódmym kilometrem dzisiejszego dnia była Wielka Sowa – najwyższy punkt trasy. Byłem już tutaj dwa lata temu przy okazji przejścia Głównego Szlaku Sudeckiego, więc miejsce nie było mi obce. Mimo to człowiek i tak szedł na szczyt z ciekawością… i oczywiście z językiem coraz bardziej wiszącym na brodzie po kolejnych metrach podejścia.

Na szczycie sporo rowerzystów. Musiała odbywać się jakaś impreza, bo na Przełęczy Walimskiej stał nawet fotograf robiący zdjęcia uczestnikom. Poprosiłem go o jedno zdjęcie także dla mnie. Cyknął fotkę i obiecał podesłać.

Zobaczymy, czy pamięć fotograficzna okaże się równie dobra jak aparat.

Edit: okazało się, że jednak tak 🙂 Zdjęcia właśnie dotarły. Wielkie dzięki!

Na Wielkiej Sowie znajduje się też wieża widokowa. Teoretycznie wejście płatne, praktycznie – kasa zamknięta, żywej duszy brak. No to wszedłem „metodą gospodarczą”.

I naprawdę było warto.

Widoki przepiękne. Góry, doliny, miasteczka – wszystko jak na dłoni. Pogoda taka, że aż człowiekowi chciało się żyć. Jeszcze chwila i przy dobrych wiatrach może nawet Lublin byłoby stamtąd widać.

Zejście z Wielkiej Sowy początkowo prowadziło przez wąski leśny korytarz, a potem stromym żlebem ostro w dół. Kolana od razu dostały informację, że dzień dopiero się rozkręca.

Po około 17 kilometrach zrobiłem sobie drugie śniadanie na leśnej ławce. Bułeczki z serem i wędliną przygotowane przez Karczmę Bełty smakowały jak danie z pięciogwiazdkowej restauracji. Człowiek na szlaku szybko obniża wymagania kulinarne.

Do tego momentu pogoda była wręcz idealna. Bez deszczu, bez palącego słońca, kilometry same uciekały spod nóg.

No ale wiadomo – za długo dobrze być nie mogło. Słońce wyszło zza chmur i zaczęło smażyć mnie równomiernie z każdej strony.

Po drodze mijałem Niedźwiadki i Niedźwiadka. Na szczęście tylko te na mapie. Prawdziwego niedźwiedzia nadal brak.

Za to dzik pojawił się ponownie. Stał trochę powyżej szlaku i wydawał z siebie odgłosy sugerujące, że raczej nie ma ochoty na wspólne zdjęcie ani pogawędkę. Uznałem więc, że nie będę testował jego charakteru i zdecydowanie przyspieszyłem kroku.

Potem znowu zaczął się asfalting. Samochody, motocykle, rowerzyści lecący z góry z prędkością małego samolotu… a ja cały czas pod górę i przyklejony do pobocza.

Z ulgą przyjąłem moment, gdy szlak w końcu uciekł z asfaltu do lasu.

Tam przysiadłem jeszcze przy wiacie turystycznej i od razu wróciły wspomnienia sprzed dwóch lat, gdy odpoczywałem tu podczas przejścia Głównego Szlaku Sudeckiego.

Od tego miejsca czerwony i niebieski szlak zaczęły się zachowywać jak dwa magnesy. Co chwilę się spotykały, żeby zaraz znowu od siebie uciekać.

Dopiero pod samą Srebrną Górą postanowiły chwilowo żyć w zgodzie.

Czerwony odbił później ku Twierdzy, a niebieski sprowadził mnie prosto na przełęcz.

Po drodze odbiłem jeszcze do Willi Hubertus na obiadokolację i powiem tylko tyle – organizm przyjął ją z ogromną wdzięcznością.

Jutro planuję wyjść trochę później. W cenie noclegu mam bowiem śniadanie, o którym właściciel powiedział przez telefon, że „krążą legendy, iż jest epickie”.

No i teraz człowiek żyje w napięciu większym niż przed wejściem na Wielką Sowę.

A tymczasem czas na relaks.

Share this post

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *