Niedzielny, rześki poranek.
Melduję się na stacji Szklarska Poręba Dolna PKP, gdzie znajduje się niebieska kropka wyznaczająca początek – albo koniec – Niebieskiego Szlaku Sudeckiego.
Podróż trochę się przeciągnęła. Pociąg z Warszawy przyjechał z około półgodzinnym opóźnieniem, a dodatkowo był mocno obłożony pasażerami. Mój przedział wypełniony był po brzegi, więc o spokojnym wyciągnięciu nóg i porządnym śnie nie było mowy. Próbowałem spać, ale bardziej było to drzemanie niż prawdziwy odpoczynek.
No nic. Dziś przede mną relatywnie krótki odcinek – około 21 kilometrów do Chatki Górzystów. Powinienem dać radę. Zresztą… muszę dać radę, bo po drodze żadnych noclegów nie ma.
Godzina 8:25.
To ten moment.
Czas wcisnąć niebieską kropkę i ruszyć na szlak.

Ale zanim do niej dotarłem, czekała mnie mała niespodzianka. Pociąg dojechał tylko do Jeleniej Góry, a dalej podstawiono autobusową komunikację zastępczą. Dokładnie tak samo było dwa lata temu, gdy przechodziłem tędy Głównym Szlakiem Sudeckim. Widocznie okolice Szklarskiej Poręby lubią witać mnie remontami torów.
Tym razem autobus wyrzucił mnie „gdzieś niedaleko” początku szlaku. Patrzę w mapę – faktycznie, jestem już na NSS. Tylko że… kilometr od kropki.
No cóż było robić. Mandżur na plecy i trzeba było najpierw dojść do początku szlaku, wcisnąć kropkę, a potem wrócić ten kilometr na właściwą trasę.
Taki mały bonus na dobry początek wyprawy.
Od samego startu starałem się nie forsować tempa. Chciałem spokojnie przyzwyczaić nogi do wysiłku. Przede mną przecież jeszcze bardzo dużo kilometrów.
I tak, krok za krokiem, szlak powoli zaczął uciekać spod nóg.
Niedługo po starcie pojawiła się przepiękna panorama Karkonoszy ze Śnieżką. Są takie widoki, przy których człowiek mógłby usiąść i po prostu patrzeć. Bez pośpiechu. Bez myślenia o kilometrówce i czasie.

Szlak tego dnia nie był szczególnie trudny. Trochę asfaltu, trochę lasu, trochę szerokich dróg – typowe sudeckie klimaty.


Nie obyło się jednak bez podejść. Jedno z nich trafiło się zaraz po postoju w Chatce Górzystów, gdzie zatrzymałem się na słynnego naleśnika z twarogiem i jagodami.


O matko…
Naleśnik pyszny i bardzo syty ale jak mi się wtedy ciężko szło.
Już prawie miałem zawracać do chatki, ale ciągle powtarzałem sobie: jeszcze kawałek, jeszcze za tym zakrętem pewnie będzie koniec podejścia.
No i jakoś poszło.
A skoro już o Chatce Górzystów mowa… tam właśnie miała kończyć się moja dzisiejsza wędrówka. Plan jednak trochę się zmienił. Mimo niewyspania szło mi się zaskakująco dobrze, sił nie brakowało, a dzień był jeszcze młody. Uznałem więc, że szkoda kończyć tak wcześnie.
Po drodze szybko znalazłem nocleg w Świeradowie-Zdroju – zabytkowej, 125-letniej Willi Pałacyk. Udało się nawet wynegocjować przyjemną cenę za pokój.
I tak oto wieczorem mogłem już zrzucić plecak, napić się kawy i dać odpocząć zmęczonym kościom.
Na szlaku poznałem dziś Mietka i Swietłanę. Mieli mały problem z nawigacją, więc chwilę im pomogłem, a potem szliśmy razem, rozmawiając aż do Chatki Górzystów.
I właśnie za to lubię długie szlaki. Za ludzi. Bo trafiają się tu naprawdę pozytywnie zakręceni wędrowcy. Tak jak kiedyś Marcin i Marek poznani na GSB czy Rafał spotkany przy okazji GSS. Jeśli to czytacie – serdeczne pozdrowienia!
No i cóż… To chyba tyle moich pierwszych szlakowych wynurzeń.
Zmęczenie jest. I bardzo dobrze. To znaczy, że człowiek żyje.
Jutro też jest dzień. Trzeba odpocząć i rano znowu ruszyć na szlak.
Bo góry nadal wołają.

Czesio, spełnij swoje kolejne marzenie. Niech słońce Ci świeci każdego dnia byś szczęśliwy przeszedł kolejny szlak i przycisnął niebieską kropkę.
Dziękuję, będę się starał zamknąć szlak ale czy się uda, czas pokaże.