Do wyjazdu został już tylko jeden dzień.
Jutro o tej porze – jeśli nic nie wydarzy się nieprzewidzianego – będę siedział w pociągu jadącym do Warszawy. A potem dalej, ku górom.
Za oknem pogoda zupełnie nie zachęca do wychodzenia z domu. Rozpadało się na dobre. Ale deszcz jest potrzebny, więc niech pada. Dziś, jutro… proszę bardzo. Potem jednak mógłby sobie zrobić przerwę. Przynajmniej tam, gdzie będę szedł szlakiem.
Dziś w radiu usłyszałem jeszcze mniej optymistyczne prognozy. W Sudetach możliwe wichury, a temperatura przy gruncie miejscami może spaść nawet poniżej zera.
Samego zimna się jednak nie obawiam. Podczas marszu człowiek szybko się rozgrzewa. Znacznie bardziej potrafi przeszkadzać wiatr – szczególnie wtedy, gdy wieje prosto w twarz. Ale czapka jest, bluza z kapturem też, buff chroniący szyję i twarz również spakowany.
Trzeba sobie radzić.
Ekwipunek mam już właściwie gotowy. Wszystko spakowałem do plecaka, bardziej próbnie niż ostatecznie – żeby sprawdzić, czy całość się zmieści i ile będzie ważyć.
Mandżur powędrował więc na wagę. Bez jedzenia i wody wyszło około 6 kilogramów. Plus oczywiście ubrania, które będę miał na sobie.
Nie wygląda to źle. Zwłaszcza że z każdym kilometrem ciężaru będzie przecież ubywać – wodę będę pił, zapasy jedzenia stopniowo znikały. A waga plecaka ma ogromne znaczenie. To wszystko przez dwa tygodnie będę nosił na własnych plecach przez wiele godzin każdego dnia.
Oczywiście… jeśli uda mi się dotrzeć do końcowej kropki w Pasterce. Ale o tym na razie staram się nie myśleć. Na razie chcę po prostu wsiąść do pociągu. Nie byle jakiego – tylko tego jadącego ku górom. Przetrwać noc w podróży, stanąć w niedzielny poranek przy niebieskiej kropce w Szklarskiej Porębie i ruszyć na szlak.
A co będzie dalej? To pokaże dopiero droga.
