Drugi dzień wędrówki Niebieskim Szlakiem Sudeckim.
Dziś przede mną około 28 kilometrów drogi do Wojcieszyc.
Najważniejsze jednak, że w końcu udało się porządnie odespać noc spędzoną wcześniej w pociągu. Organizm od razu lepiej funkcjonuje, głowa też jakaś spokojniejsza. Teraz trzeba już tylko rozruszać nogi i przestawić je na właściwy tryb – tryb codziennego wędrowania.
Pogoda na razie dopisuje. Jest chłodno, ale bez deszczu, a to najważniejsze. Trzeba więc powoli zbierać mandżur, zarzucać plecak na plecy i ruszać dalej przed siebie.
Bo szlak sam się przecież nie przejdzie.
O godzinie 16:13, po 8 godzinach i 25 minutach wędrówki oraz pokonaniu 38,5 kilometra, melduję się we Wrzeszczynie.
Tak jak wczoraj, tak i dziś trochę przedłużyłem trasę. Plan zakładał nocleg w Wojcieszycach, ale ostatecznie poszedłem jeszcze 9 kilometrów dalej. Dzięki temu kolejne dni powinny być odrobinę lżejsze.
Na szlak ruszyłem o 6:45. Najpierw szybkie zakupy w Lewiatanie, potem zejście przez Świeradów-Zdrój i wejście w las.

I właśnie tam spotkała mnie pierwsza dzisiejsza przygoda. Oto z prawej strony nagle wyłonił się dzik.

On zaskoczony, ja jeszcze bardziej.
Wycofałem się kilka kroków, ale ten skubaniec zaczął iść w moją stronę. No to ja znowu kawałek do tyłu. Chwilę tak staliśmy, obserwując się nawzajem, aż w końcu dzik przeszedł przez drogę i zniknął między drzewami po drugiej stronie lasu.
Mogłem ruszać dalej. Cała ta sytuacja tak mnie jednak zaabsorbowała, że… pierwszy raz dziś zgubiłem szlak. Nie zauważyłem odbicia ścieżki w prawo i poszedłem dalej asfaltową drogą pod górę.
Na szczęście zegarek szybko poinformował mnie o zejściu z trasy. Grzecznie więc zawróciłem i po chwili znów byłem na właściwej ścieżce.
To właśnie wtedy zobaczyłem kolejne „dzikie zwierzę” – psa spacerującego z właścicielem.
I niby nic nadzwyczajnego, ale wspominam o tym dlatego, że był to jeden z nielicznych dziś przedstawicieli homo sapiens spotkanych na szlaku. Turysty z dużym plecakiem nie widziałem ani jednego.
Potwierdza się więc opinia, że Niebieski Szlak Sudecki jest znacznie mniej popularny od swojego czerwonego brata. Chociaż prawdę mówiąc, dwa lata temu na Głównym Szlaku Sudeckim też tłumów nie było. Największy ruch w Sudetach koncentruje się chyba głównie wokół Śnieżki.
Ale wracając do samej wędrówki. Dość szybko przyszło mi zmierzyć się z długim i mozolnym podejściem na Sępią Górę. Podejście dało w kość, ale widoki na szczycie wszystko wynagrodziły.


Naprawdę nie chciało mi się stamtąd ruszać.
Ale kilometrów przede mną było jeszcze sporo, więc trzeba było iść dalej.
Na szczęście dalsza część trasy mijała bardzo przyjemnie. Bez długich stromych podejść i bez ostrych zejść. Szlak prowadził łagodnie, trochę jak tatrzańska grań… tylko w większości schowana w lesie. Co jakiś czas drzewa jednak ustępowały miejsca pięknym panoramom gór.
I właśnie gdzieś tam zgubiłem szlak po raz drugi. Nie zauważyłem słabo wydeptanej ścieżki odbijającej w prawo. Na szczęście i tym razem nadrobionych metrów było niewiele.
Na jednej z myśliwskich ambon zrobiłem sobie dłuższą przerwę. Wietrzenie stóp, trochę gorzkiej czekolady i chwila odpoczynku.
Przy okazji rozłożyłem kijka do selfie i nagrałem kilka ujęć do filmu z sobą w roli głównej. Lubię takie kadry – człowiek potem patrzy na ekran i naprawdę widzi siebie na szlaku, pośród tej całej drogi.


Zbliżając się do Wojcieszyc zacząłem szukać noclegu we Wrzeszczynie. Pierwszy numer telefonu milczał. Drugi był poza zasięgiem. Dopiero pod trzecim ktoś odebrał.
Miła pani po konsultacji z mężem zgodziła się przyjąć mnie na jedną noc, choć – jak się okazało – generalnie nie wynajmują pokoi na pojedyncze noclegi.
I w sumie trochę ich rozumiem. Przygotowanie pokoju, sprzątanie, cała organizacja… Ale z perspektywy takiego zmęczonego piechura człowiek naprawdę niewiele potrzebuje. Ot – żeby było gdzie się umyć, wysuszyć rzeczy i położyć spać. Reszta luksusów schodzi na dalszy plan.

Do miejsca dzisiejszego odpoczynku dotarłem bez problemu (musiałem zejść ze szlaku 900 metrów), a właściciel okazał się tak sympatycznym człowiekiem, że nawet podwiózł mnie do sklepu po zakupy. W samej wiosce sklepu bowiem nie było, a bez tego jutro groziłoby mi wyjście na szlak bez jedzenia i wody.
Na szczęście zapasy udało się uzupełnić. Kolacja zapowiada się więc dziś solidna – zupa fasolowa z kiełbasą. Jutro rano także głód mi raczej nie grozi, bo w planach jajecznica.
A zatem można już kończyć ten dzień. Teraz leżing i odpoczying. Bo jutro też jest dzień.

„Już prawie miałem zawracać do chatki, ale ciągle powtarzałem sobie: jeszcze kawałek, jeszcze za tym zakrętem pewnie będzie koniec podejścia” „Naprawdę nie chciało mi się stamtąd ruszać. Ale kilometrów przede mną było jeszcze sporo”. Ja bym pewnie zawrócił…
Ale widoki zajebiste…
Z powodu naleśnika byś zawrócił?