Od kropki do kropki

Lepiej spróbować i wiedzieć, że się nie udało, niż żałować, że się nie spróbowało…

Bez kategorii

Ostatnia prosta do Pasterki

Dziś ostatni dzień na szlaku.

Do końcowej kropki w Pasterce zostało już tylko około 19 kilometrów. Tylko… albo aż. Bo każdy piechur wie, że ostatnie kilometry potrafią czasami ciągnąć się bardziej niż pierwsza setka.

Finisz tej sudeckiej przygody wypada w jednym z moich ulubionych pasm górskich – Górach Stołowych. I jest w tym coś symbolicznego, bo właśnie tutaj wiele lat temu zaczęła się moja górska pasja. Jeszcze w czasach licealnych przyjechałem tu z klasą na rajd po Górach Stołowych i chyba właśnie wtedy człowiek połknął tego górskiego bakcyla na dobre.

No a dziś, po tylu latach i setkach kilometrów na różnych szlakach, wracam tutaj, żeby za kilka godzin przyklepać końcową kropkę Niebieskiego Szlaku Sudeckiego.

Czy można sobie wyobrazić lepsze zakończenie tej wędrówki?

Chyba nie.

A zatem nie ma co przeciągać tego poranka. Mandżur na plecy i czas ruszać na ostatni etap tej sudeckiej przygody.

Godz. 12.17

Zadanie wykonane 💪🙂

Po 13 dniach wędrówki, ponad 90 godzinach marszu i 397,7 kilometrach udało się spiąć obie niebieskie kropki Niebieskiego Szlaku Sudeckiego – od Szklarskiej Poręby aż po Pasterkę.

Szlak ukończony!

Finał tej historii jest już znany, ale jeszcze kilka słów o ostatnim dniu na szlaku.

Budzik nastawiłem dziś na 5:20, żeby około szóstej ruszyć w drogę. Problem w tym, że nie zdążył nawet zadzwonić. Godzinę wcześniej obudził mnie bowiem solidny harmider w sąsiednim pokoju. Widocznie nocujący obok kolega również uznał, że góry najlepiej zdobywa się o świcie.

Nie było już sensu dalej spać, więc rozpocząłem standardowy poranny rytuał piechura: toaleta, śniadanie, kawa i powolne pakowanie mandżuru. Nie spieszyłem się, bo czasu miałem aż nadto.

Na szlak wyszedłem o 5:50. To był mój najwcześniejszy start podczas całej tej wyprawy.

Przede mną około 19 kilometrów do końcowej kropki w Pasterce. No i jeszcze dodatkowy bonus w postaci ośmiokilometrowego spaceru do Radkowa, skąd miałem dostać się busem do Kłodzka – mojej ostatniej bazy noclegowej na wygnaniu.

Przez Duszniki-Zdrój przeszedłem bardzo szybko. Miasteczko dopiero budziło się do życia, ulice były niemal puste, a człowiek miał wrażenie, że cały świat jeszcze śpi, tylko on jak ten szaleniec maszeruje z plecakiem przez góry.

Po około czterech kilometrach wkroczyłem do Parku Narodowego Gór Stołowych. Na początku świadczyła o tym jedynie tabliczka, bo samych gór jeszcze specjalnie nie było widać.

Najpierw trochę asfaltingu, potem szutring, następnie klasyczny trawing i nagle… ściana.

Naprawdę nie wiem, pod jakim kątem prowadził ten fragment szlaku, ale miałem wrażenie, że minimum 75 stopni. W poziomie może z pięćdziesiąt metrów, w pionie chyba ze 100 metrów.

Na dodatek ktoś ułożył tam kamienne płyty przypominające podjazd do posesji. Tyle że chyba do posesji kozicy górskiej, a nie zwykłego turysty.

Nawet nie próbowałem normalnie po nich wchodzić, bo po chwili znalazłbym się z powrotem na dole szybciej niż wszedłem. Człowiek ślizgał się nawet bokiem po leśnym igliwiu.

Porządnie się spociłem zanim wdrapałem się na górę. A na samym końcu tego podejścia szlak postanowił dorzucić jeszcze mały pakiet emocji.

Wąskie przejście przy wielkiej skale nad urwiskiem i do pomocy łańcuchy.

Samo przejście może nie było bardzo trudne, ale warto dodać, że człowiek miał za sobą właśnie wspinaczkę godną kozicy i najpierw musiał uspokoić oddech, zanim ruszył nad przepaścią.

Ale było warto. Od tego momentu zaczął się mój ukochany skalny labirynt Gór Stołowych. Przesmyki skalne, wąskie przejścia, widokowe okna między skałami – szedłem jak zaczarowany i co chwilę zatrzymywałem się, żeby nacieszyć oczy tym, co natura tutaj stworzyła.

W pewnym momencie oczywiście nie mogłem sobie odmówić zejścia metalową drabinką do Skalnej Czaszki. Niesamowite miejsce.

Dalej szlak prowadził między kolejnymi fantazyjnymi formacjami skalnymi, momentami bardzo blisko urwisk odsłaniających przepiękne panoramy okolicy.

Po drodze dotarłem też do miejsca upamiętniającego śmierć dwójki studentów Akademii Rolniczej we Wrocławiu, którzy zginęli tutaj w 1997 roku. Pamiętam to miejsce jeszcze z mojej drugiej wizyty w Górach Stołowych w 2008 roku. Za każdym razem człowiek zatrzymuje się tam na chwilę i myśli o tym, jak kruche potrafi być życie.

W końcu szlak zaczął mocno opadać w dół i wyprowadził mnie na asfalt. Na szczęście tylko na chwilę, bo zaraz znowu odbił w bok i zaczął wspinać się kamiennymi schodami.

Tutaj skalnych cudów było już trochę mniej, a szlak stopniowo przeszedł z powrotem w klasyczny trawing, a potem leśny szutring.

I tak dotarłem do Karłowa. Tu ponownie dołączył czerwony Główny Szlak Sudecki i przez chwilę mogłem wrócić wspomnieniami dwa lata wstecz. Wtedy byłem mniej więcej w połowie czerwonego szlaku. Dziś byłem już niemal na końcu niebieskiego.

Do kropki zostało tylko kilka kilometrów.

Zanim jednak ruszyłem na ostatni fragment, odbiłem jeszcze zielonym szlakiem do Schroniska PTTK Pasterka, żeby solidnie naładować organizm przed finałem.

Pomidorowa na rosole z makaronem, do tego szarlotka i kawa rozpustna. Po takim zestawie człowiek był gotowy nawet jeszcze raz wejść na Szczeliniec.

No i potem już ostatnie dwa kilometry.

Poszukiwanie końcowej niebieskiej kropki zakończyło się pełnym sukcesem, o czym pisałem już wcześniej. Co ciekawe – na miejscu są nawet dwie niebieskie kropki oddalone od siebie o kilka metrów.

Widocznie jedna dla tych, którzy kończą szlak, a druga dla tych, którzy dopiero zaczynają swoją przygodę.

I tak oto historia zatoczyła koło.

Jako swoiste postscriptum do tej wyprawy czekało mnie jeszcze zejście… oczywiście niebieskim szlakiem, w dużej mierze po stronie czeskiej, do Radkowa, skąd bus zabrał mnie do Kłodzka.

No i to by było tyle z tej kilkunastodniowej opowieści.

Dziękuję wszystkim, którzy byli ze mną na szlaku, czytali te relacje i trzymali kciuki za powodzenie wyprawy.

Plan został wykonany. Bez kontuzji, bez poważniejszych kryzysów, bez konieczności ewakuacji śmigłowcem.

Można więc wracać do domu.

Choć trochę obawiam się jutrzejszego poranka. Bo moje nogi przez prawie dwa tygodnie przyzwyczaiły się do codziennego dreptingu po górach.

A jutro zamiast dreptingu będzie siedzing w pociągu.

I szczerze mówiąc… nie wiem, czy uda mi się utrzymać je w ryzach.

Share this post

6 comments

  1. Czesio. Został jeszcze powrót do domu …. to czasami jest najtrudniejszy etap. Po prostu chciałoby się iść dalej jeszcze.

  2. Gratulacje Wojtku! Kibicowałam każdego dnia śledząc bloga 🙂
    A teraz wracaj do Agi, bo czeka 😀

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *