Przedostatni dzień wędrówki Niebieskim Szlakiem Sudeckim przede mną.
Dzisiejszy kierunek – Duszniki-Zdrój.
Do przejścia prawie 38 kilometrów i trochę ponad 800 metrów przewyższeń. Czyli klasyczny szlakowy pakiet: „daleko, ale przynajmniej nie cały czas pionowo pod górę”.
Organizm chyba już powoli przyzwyczaił się do tego codziennego dreptania, bo poranne przygotowania odbywają się niemal automatycznie.
Tradycyjny zestaw startowy:
toaleta, pakowanie plecaka, śniadanie zamówione tym razem na godzinę 6:00 i można ruszać dalej.
Bo niebieska kropka w Pasterce sama do mnie przecież nie przyjdzie.
Godz. 15:20. Po dziewięciu godzinach wędrówki i pokonaniu 38 kilometrów melduję się w Dusznikach-Zdroju, gdzie założyłem swoją ostatnią górską bazę noclegową.
Brzmi dumnie. Zwłaszcza że organizm nadal funkcjonuje w trybie „jeszcze idziemy”, choć nogi coraz częściej sugerują przejście na emeryturę.
Z Derkaczowej Kotliny ruszyłem o 6:20. Wcześniej jednak trzeba było zmierzyć się z niezwykle trudnym przeciwnikiem – śniadaniem przygotowanym przez przesympatyczną panią Zuzię.

I to nie było zwykłe śniadanie. To była kulinarna zasadzka na piechura. Na stole pojawił się własnego wypieku chlebek, twarożek, dwa rodzaje dżemów, pasztecik, jajko na miękko, masełko, pomidory, papryka, ogórek, kilka rodzajów sera żółtego, kawa, herbata… i pewnie jeszcze coś, co przeoczyłem, bo oczy przestały nadążać z analizowaniem zawartości stołu.
Najchętniej siedziałbym tam do południa i prowadził dalsze testy jakości śniadania, ale niestety przede mną był jeden z najdłuższych etapów tej wyprawy.
Zachowałem więc resztki rozsądku, zjadłem solidnie, przygotowałem sobie kanapkę na wynos i jeszcze dostałem na drogę kawałek świeżo upieczonej kruszonki.
Napisałem „dostałem”, choć właściwie powinienem napisać „dostaliśmy”, bo przy śniadaniu towarzyszyło mi jeszcze sympatyczne starsze małżeństwo nocujące w Derkaczowej Kotlinie. Pogawędziliśmy chwilę i po kilkunastu minutach trzeba było ruszać dalej.

A na szlaku od rana niespodzianka.
Po ostatnich dniach smażenia się we własnym sosie dziś powiało chłodem. Do tego stopnia, że musiałem przeprosić się z buffem, bo uszy zaczęły wyrażać swoje niezadowolenie z temperatury.
Prognozy rzeczywiście zapowiadały kilka stopni mniej i powiem szczerze – miałem już serdecznie dość tego sakramenckiego upału.
Dzisiejszy etap był praktycznie w całości tym, co określiłem roboczo mianem „leśnego szutringu”. Czyli las, szeroka droga, las, szutrowa droga i znowu las.
Widoków panoramicznych praktycznie brak. Wyjątkiem była wieża widokowa na Jagodnej. Tym razem nie odpuściłem wejścia i wspiąłem się po krętych metalowych schodach na górę.
Widok wynagrodził wszystko. Góry po horyzont, błękitne niebo i ani jednej chmurki. Człowiek przez chwilę zapomina, że jeszcze rano ledwo podnosił się z łóżka.



Podejście na Jagodną było zresztą jedynym konkretniejszym dziś wyzwaniem – około 360 metrów w górę na pięciu kilometrach. Potem teren mocno się wypłaszczył, a szlak stał się szybki i przyjemny.

Do tego cały czas prowadził lasem, więc słońce nie mogło mnie skutecznie grillować. W tle śpiew ptaków, zapach leśnego runa i ani jednego turysty.
Całe góry moje.
Po zejściu z Jagodnej dołączył do mnie dobrze znany czerwony szlak, czyli mój stary znajomy – Główny Szlak Sudecki. Przez chwilę znowu szliśmy razem.
Wstąpiłem jeszcze do Schroniska PTTK na Jagodnej, żeby przybić pieczątkę do książeczki GOT. Rozważałem też kawę i jakieś ciasto, najlepiej szarlotkę.
Niestety mimo stania przy barze nikt się mną specjalnie nie zainteresował. Stoły były szykowane dla grupy dzieciaków, więc chyba obsługa prowadziła właśnie operację logistyczną na wielką skalę.
Z lekko urażonym honorem piechura ruszyłem więc dalej.
Po chwili zaczął się mały kryzys nawigacyjny.
Zegarek i oznaczenia szlaku mówiły:
– Idź w prawo.
Mapy.cz twierdziły:
– Nie słuchaj ich, idź w lewo.
Nie mając zasięgu postanowiłem zaufać czeskiej technologii offline. I tak oto poszedłem w lewo, mimo że chwilę później pojawił się znak zakazu wstępu z powodu wyrębu lasu, a zza zakrętu wyłoniła się ogromna ciężarówka do transportu drewna.
Poczułem się trochę jak bohater filmu katastroficznego. Na szczęście kierowca uspokoił mnie, że przejść się da, więc ruszyłem dalej.
Kilometr później okazało się jednak, że to szlak i zegarek miały rację, a mapy.cz najwyraźniej żyły jeszcze w poprzednim sezonie turystycznym.
Na szczęście oba warianty trasy i tak spotkały się w tym samym miejscu, więc wielkiej tragedii nie było.
Po około 22 kilometrach zrobiłem sobie przerwę śniadaniową. Usiadłem na świeżo ustawionej ławce, wyciągnąłem kanapkę przygotowaną rano i bardzo godnie uzupełniłem kalorie.
Posiliwszy organizm ruszyłem dalej żwawym krokiem.
Kilometry zaczęły uciekać zaskakująco szybko i ani się obejrzałem, jak dotarłem do Schroniska pod Muflonem.
Tu zrobiłem drugą przerwę – tym razem obiadową.
Kwaśnica z prażynkami, żeberkami i kartoflami plus grzane wino bezalkoholowe.
Powiem tylko tyle:
organizm przyjął ten zestaw z ogromnym entuzjazmem.
A potem równie entuzjastycznie odmówił dalszego marszu.
Ledwo udało mi się wstać od stołu.
Na szczęście do noclegu zostało już tylko półtora kilometra zejścia do Dusznik-Zdroju, więc jakoś doczłapałem.
Gospodarzy akurat nie było, ale telefonicznie przeprowadzili mnie przez proces samodzielnego zakwaterowania niczym operatorzy misji kosmicznej.
Szybki prysznic, zakupy i oto mogę przejść do najważniejszego punktu dnia.
Leżingu.

„Schronisko pod muflonem”. A muflonów nie widziałeś ? Podobno to jedno z niewielu miejsc w Polsce, gdzie można je zobaczyć.
Tylko sztucznego przed schroniskiem