Od kropki do kropki

Lepiej spróbować i wiedzieć, że się nie udało, niż żałować, że się nie spróbowało…

Bez kategorii

Lądek, Lądek… Zdrój

Dziewiąty dzień sudeckiej wędrówki przede mną.

Plan na dziś wygląda znajomo – około 28 kilometrów i mniej więcej 1150 metrów przewyższeń. Czyli szlak po raz kolejny uznał, że odpoczynek jest mocno przereklamowany.

Niestety dziś już bez „epickiego śniadania”. Legenda została w poprzedniej noclegowni i trzeba będzie wrócić do szarej rzeczywistości, czyli improwizowanego śniadania przygotowanego we własnym zakresie.

Nie ukrywam – człowiek po wczorajszym bufecie trochę się rozpieścił.

Ale trudno. Organizm musi zrozumieć, że nie codziennie żyje się jak król all inclusive.

Dziś po drodze będę przechodził przez miasteczko Lądek-Zdrój.

I od razu przypomina mi się kultowy tekst z filmu Miś:
„Londyn? Nie ma takiego miasta Londyn! Jest Lądek, Lądek-Zdrój!”

No to dziś przekonam się na własne oczy, czy rzeczywiście jest

A zatem czas pakować mandżur i ruszać dalej. Bo góry same się przecież nie przejdą.

Tuż przed 15:00 dotarłem do Starego Gierałtowa, gdzie dziś założyłem swoją bazę noclegową w bardzo klimatycznie położonej agroturystyce OdważnyTeam.

Miejsce naprawdę ma swój klimat. Jest ogród, są hamaki, a tuż za granicą posesji płynie rzeczka, w której podobno można urządzić sobie naturalny masaż zmęczonych stóp. Ja jednak uznałem, że na dziś wystarczy mi wersja mniej ekstremalna, czyli siedzenie w cieniu i praktykowanie błogiego nicnierobienia.

Dziś znowu cały dzień w słońcu, choć od rana czuć było, że wczorajszy deszcz trochę schłodził powietrze. Właściciel agroturystyki podrzucił mnie rano na Przełęcz Kłodzką, czyli dokładnie tam, gdzie wczoraj zakończyłem marsz ku chwale niebieskiej kropki.

Sam byłem ciekaw, jak organizm zareaguje po wczorajszym kryzysie.

I ku mojemu zaskoczeniu wszystko wróciło do normy. Nogi znowu zaczęły współpracować z głową, głowa przestała protestować, a szło mi się naprawdę dobrze. Słońce świeciło, ale już nie próbowało człowieka usmażyć żywcem jak dzień wcześniej. Do tego momentami pojawiał się całkiem przyjemny chłodny wiatr.

Początkowo szlak prowadził asfaltem, ale na szczęście szybko znowu uciekł do lasu, czyli tam, gdzie piechur czuje się najlepiej.

Pierwszym konkretnym celem dnia był Ptasznik (716 m n.p.m.), na którym znajduje się platforma widokowa wyglądająca tak, jakby ktoś ją przykleił do skały trochę na słowo honoru.

Już dochodząc do niej miałem wrażenie, że cała konstrukcja zaraz odpadnie od zbocza i poleci w dół razem z turystami. A gdy wszedłem na samą platformę, uczucie zrobiło się jeszcze mocniejsze.

Przez chwilę naprawdę zastanawiałem się, czy konstruktor przypadkiem nie był fanem mocnych wrażeń.

Na szczęście platforma wytrzymała zarówno moje kilogramy, jak i mandżur, więc najwyraźniej test obciążeniowy został zaliczony pozytywnie.

Widoki z góry wynagradzały jednak cały stres. Góry, lasy, doliny – wszystko rozciągało się wokół jak na wielkiej pocztówce.

Poniżej zauważyłem też kilku wspinaczy walczących ze skałami przy użyciu lin. Patrząc na nich człowiek szybko dochodzi do wniosku, że zwykłe chodzenie po szlaku to jednak bardzo rozsądne i bezpieczne hobby.

Nacieszywszy oczy widokami ruszyłem dalej, tym razem z myślą o potrzebach bardziej przyziemnych, czyli o karmieniu organizmu.

Do tego potrzebny był oczywiście Lądek-Zdrój.

Ale zanim tam dotarłem, szlak zafundował mi jeszcze ciekawy przystanek – Kaplicę Matki Bożej Wspomożenia Wiernych.

Muszę przyznać, że miejsce wygląda naprawdę klimatycznie. Jest ambona, są ławki dla wiernych, więc całkiem możliwe, że odprawiane są tu msze.

Wokół cisza, las i śpiew ptaków. Człowiek siedzi i nagle odkrywa, że może istnieć życie bez kilometrażu, przewyższeń i sprawdzania mapy co pięć minut.

Przez Lądek-Zdrój przechodziłem już dwa lata temu podczas Głównego Szlaku Sudeckiego i kulinarnie wspominam tamten dzień raczej średnio. Restauracja była wtedy zamknięta i ostatecznie ratował mnie kebab.

Tym razem już z daleka zobaczyłem znajomy lokal i przez chwilę miałem wrażenie, że historia zatoczy złowrogie koło.

Na szczęście obok działała restauracja.

Zamówiłem tagliatelle w sosie grzybowym i uczciwie uzupełniłem kalorie. Tak uczciwie, że po posiłku ciężko było wstać od stolika. Organizm ewidentnie uznał, że najlepszą dalszą aktywnością byłaby drzemka.

Problem polegał na tym, że przede mną było jeszcze podejście na Trojak (766 m n.p.m.).

Ponad 300 metrów w górę na krótkim dystansie bardzo szybko przypomniało mi, że makaron sam się niestety nie spali. Pot lał się konkretnie, ale jakoś udało się wdrapać na górę bez konieczności wezwania śmigłowca.

Potem jeszcze przejście przez Karpiak (781 m n.p.m.), gdzie znajdują się ruiny dawnego zamku Karpień. Dziś zostało tam już niewiele murów, ale miejsce ma swój klimat. Człowiek idzie przez las, nagle między drzewami pojawiają się kamienne resztki dawnych zabudowań i od razu zaczyna działać wyobraźnia.

Kiedyś podobno była tu warownia nie do zdobycia, dziś zaś królują cisza, drzewa i zmęczeni piechurzy tacy jak ja, którzy przysiadają na chwilę, żeby złapać oddech przed dalszą drogą.

Co ciekawe, dziś organizm bardzo dobrze wszedł w tryb chodzenia. Nogi niosły, głowa współpracowała, a wieczorem nie czuję nawet jakiegoś wielkiego zmęczenia.

To dobry prognostyk przed jutrem.

Zwłaszcza że jutro – mimo trochę krótszego dystansu – czeka mnie największa dzienna liczba przewyższeń na całym szlaku.

Ale tym będę martwił się jutro.

Dziś czas na odpoczynek, relaks i delektowanie się spokojnym wieczorem.

Share this post

1 comment

  1. „Poniżej zauważyłem też kilku wspinaczy walczących ze skałami przy użyciu lin. Patrząc na nich człowiek szybko dochodzi do wniosku, że zwykłe chodzenie po szlaku to jednak bardzo rozsądne i bezpieczne hobby.”
    A ja uważam że spokojne życie w mieście, to jednak bardzo rozsądne i bezpieczne hobby, w przeciwieństwie do chodzenia po górskich szlakach z jednego końca kraju na drugi.
    Tym niemniej szacun. Zwłaszcza za te przewyższenia przekraczające w pionie kilometr. Wrzuć tylko zdjęcie tej platformy widokowej przyklejonej do skalnej ściany.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *