Jedenasty dzień sudeckiej przygody czas zacząć.
Do końcowej kropki w Pasterce zostało już tylko… albo aż… 87 kilometrów. Patrząc z perspektywy początku wyprawy to niewiele. Patrząc z perspektywy moich nóg – nadal całkiem konkretny kawał drogi.
Dzisiejszy cel to Gniewoszów.
Około 28 kilometrów i jakieś 650 metrów przewyższeń, więc po ostatnich dniach można powiedzieć, że szlak postanowił dać mi chwilowy kredyt zaufania.
Za oknem pogoda bez zmian – czyli słońce już od rana szykuje się do przypiekania piechurów.
Śniadanie dziś w wersji zdecydowanie mniej epickiej, ale organizm musi się nauczyć, że człowiek nie może codziennie żyć bufetem all inclusive.
A zatem pora ruszać na szlak.

Po noclegu w schronisku na Śnieżniku moją kolejną bazą została Derkaczkowa Kotlina w Gniewoszowie, a właściwie już prawie pod samym Poniatowem. Dla mnie była to świetna wiadomość – im dalej dziś dojdę, tym mniej jutro będę się toczył do Dusznik-Zdroju niczym zużyta kulka łożyskowa.
Ze schroniska wyszedłem wyjątkowo wcześnie, bo chwilę po szóstej rano. Wszystko przez współlokatora, który przyjechał w góry na jeden dzień. Skoro on zerwał się o piątej, to i ja stwierdziłem, że nie będę leżał jak hrabia.
Śniadanie było godne prawdziwego ultrasa: pół bułki z jagodowym dżemem kupionym dzień wcześniej, herbata, kawa i batonik. Organizm dostał jasny sygnał: „słuchaj, więcej kalorii dziś nie będzie, radź sobie”.
Pierwsze kilometry przypominały jeszcze Tatry. Kosodrzewina rosła wokół mnie jakby pomyliła Sudety z Podhalem. Między nią nadal czaiły się jagodzianki, o których wspominałem dzień wcześniej. Nawet wysokość zrobiła się całkiem ambitna – mapa w telefonie pokazała 1331 metrów n.p.m. Poczułem się prawie jak zdobywca ośmiotysięcznika. Niestety była to ostatnia chwila mojego wysokogórskiego życia, bo chwilę później zaczął się długi marsz w dół.
Kosodrzewina ustąpiła miejsca pachnącemu lasowi iglastemu. Szedłem i wciągałem ten zapach jak tester odświeżaczy powietrza na etacie. Człowiek od razu czuł się zdrowiej, mimo że plecak próbował mu systematycznie skracać kręgosłup.
W Jodłowie, przy punkcie „Rozdroże pod Kamiennym Garbem”, trafiłem na ciekawostkę. Tablica zachęcała do wejścia na Trójmorski Wierch – miejsce, gdzie rozchodzą się wody do trzech mórz: Bałtyckiego, Czarnego i Północnego. Brzmi imponująco. Człowiek stoi w jednym miejscu, a kropla deszczu nie wie, czy chce płynąć do Polski, Niemiec czy na Bałkany. Szkoda tylko, że niebieski szlak omija ten szczyt, bo byłby to bardzo klimatyczny punkt programu.

Później szlak znowu wyprowadził mnie na otwarte przestrzenie. Wysokie trawy, pełne słońce i ścieżka, która raz wspinała się pod górę, raz opadała w dół, jakby sama nie mogła się zdecydować, czego właściwie ode mnie chce.
W Międzylesiu zrobiłem strategiczny postój w Biedronce. Uzupełniłem zapasy i siebie samego, bo człowiek na dłuższym dystansie zaczyna myśleć o kabanosach z czułością większą niż o rodzinie.
Za Międzylesiem szlak prowadził słynną „Autostradą Sudecką”. Ktoś miał naprawdę wybitne poczucie humoru. Ta „autostrada” była wąska, dziurawa i kręta tak bardzo, że momentami wyglądała jak asfaltowy zapis EKG po trzech kawach.
Potem przyszła pora na zejście ze wspomnianej autostrady prosto w wysokie trawy. Znak na drzewie mówił wyraźnie: „tędy szlak”. Problem w tym, że szlaku nie było widać kompletnie. Wyglądało to trochę jak zadanie z programu survivalowego: „odnajdź drogę i nie zgiń”. Najwyraźniej większość turystów wcześniej uznała, że życie jest jednak cenniejsze i poszła asfaltem.
Kolejną miejscowością była Różanka — kilka domów, trochę gospodarstw i kościół pilnujący końca wsi.

Kiedy znowu wszedłem do lasu, usłyszałem nad sobą pierwszy pomruk burzy. Taki jeszcze nieśmiały, jakby chmury dopiero się zastanawiały, czy warto robić aferę. Niestety po kilku minutach doszły do wniosku, że jednak warto.
– No pięknie – pomyślałem. – Jeszcze tylko wodospadu z nieba mi dziś brakowało.
Przyspieszyłem kroku, licząc, że zdążę do noclegu przed deszczem. Pogoda jednak najwyraźniej miała własny harmonogram atrakcji. Gdy zobaczyłem tablicę „Gniewoszów”, pierwsze krople spadły na mnie z dokładnością snajpera.
Najpierw próbowałem jeszcze iść pod drzewami, udając przed sobą, że to ma sens. Potem wyciągnąłem ponczo. Chwilę później deszcz przeszedł w grad i sytuacja zrobiła się na tyle dynamiczna, że schroniłem się w otwartym garażu u miejscowego gospodarza. Stałem tam razem z plecakiem i ponczem, wyglądając prawdopodobnie jak bezdomny żółw po przejściach.
Na szczęście burza szybko się zmęczyła własnym występem. Do noclegu zostały już tylko trzy kilometry i tym razem mogłem dojść spokojnie, bez dodatkowych atrakcji atmosferycznych.


„Trójmorski Wierch – miejsce, gdzie rozchodzą się wody do trzech mórz: Bałtyckiego, Czarnego i Północnego.”
W czasie zlotu zakopiańskiego, przejeżdżając przez Czarny Dunajec byliśmy w miejscu, gdzie woda z rowu po prawej stronie drogi wpada do Bałtyku, a po lewej stronie, do Morza Czarnego. Ten Trójmorski Wierch jest jeszcze bardziej niezwykły, nie wiedziałem, że w Polsce jest takie miejsce.
Aha, i przypomniało mi się jeszcze, że Śnieżnik, to jedyne miejsce w Polsce z którego widać Alpy. Podobno rano, przy dobrej pogodzie… Nie popatrzyłeś w tamtą stronę wychodząc ?
Coś mi się wydaje że nie w tą stronę patrzyłem 😊