Już za kilka godzin ruszam w podróż. Ku przygodzie. Ku górom.
Jak ten czas szybko zleciał… Mam wrażenie, że dopiero co codziennie sprawdzałem prognozy pogody przed wyjazdem na Niebieski Szlak Karpacki. Zastanawiałem się wtedy, czy w ogóle ruszać, czy może jednak zrezygnować z urlopu i zostać w domu, bo prognozy praktycznie każdego dnia pokazywały deszcz.
A przecież to było rok temu.
Dziś znów spoglądam na prognozy. Pogoda podczas długiej wędrówki ma ogromne znaczenie, choć góry i tak zawsze potrafią napisać własny scenariusz. Zwłaszcza tam wszystko potrafi zmienić się bardzo szybko.
Ostatnie przygotowania są już jednak za mną. Mandżur spakowany. Można zarzucać go na plecy i ruszać na szlak.

Po uzupełnieniu zapasów o wodę, jedzenie i kilka drobiazgów jego waga wzrosła do około 11 kilogramów. Trochę dużo… ale mam nadzieję, że z każdym krokiem będzie powoli ubywać. W końcu część zapasów zniknie już podczas samej podróży pociągiem, a reszta pierwszego dnia na szlaku.
Muszę pamiętać, że swoją wędrówkę rozpocznę w niedzielę, a więc w dzień, kiedy większość sklepów będzie pozamykana. Lepiej być przygotowanym wcześniej niż potem liczyć na cud gdzieś po drodze.
A zatem wszystko gotowe. Za chwilę zostawię codzienność za sobą i ruszę tam, gdzie od miesięcy jest już moja głowa.
Na szlak.
Godzina 19:30. Docieram na dworzec PKP w Lublinie. Do odjazdu zostaje niecała godzina, ale czas na dworcu mija zaskakująco szybko. Kilka ostatnich spojrzeń na rozkład, poprawienie plecaka, krótka chwila zadumy przed podróżą.
I w końcu jest. Z niewielkim, pięciominutowym opóźnieniem, o godzinie 20:31 pociąg powoli rusza ze stacji.
Lublin zostaje za oknem. A zatem odwrotu już nie ma.
Ruszam ku przygodzie. Ku górom. Na szlak.
