Czwarty dzień sudeckiej przygody przede mną.
Według pierwotnej rozpiski dzisiejszym celem ma być położone nieco poza niebieskim szlakiem Schronisko PTTK Szwajcarka. Gdy jednak spojrzałem na mapę, wyszło mi, że z miejsca mojego noclegu to zaledwie około 20 kilometrów.
A to już zaczyna wyglądać podejrzanie „krótko” jak na ostatnie dni.
Może więc znowu uda się pójść trochę dalej? Wszystko okaże się na szlaku. To on zawsze weryfikuje plany. Zobaczymy, czy nogi będą niosły, jak ułoży się pogoda i ile sił zostanie po kolejnych kilometrach.
Na razie jednak nie ma co wybiegać myślami zbyt daleko.
Trzeba wstawać, pakować mandżur i powoli szykować się do drogi.
Czwarty dzień wędrówki już za mną. Łatwo nie było. Ale po kolei.
Na szlak ruszyłem jak zwykle wcześnie rano – o 6:35. Już na dzień dobry czekało mnie podejście pod górę, ale zdążyłem się już przyzwyczaić, że na tym szlaku praktycznie cały czas idzie się albo pod górę, albo w dół.

Na początku dzisiejszej wędrówki czekała mnie miła niespodzianka.

Oto stuknęła pierwsza setka na Niebieskim Szlaku Sudeckim!
100 kilometrów mam już za sobą. Jeszcze tylko trzy takie „setki” i teoretycznie można będzie wracać do domu. Oczywiście pod warunkiem, że uda się dotrzeć do końcowej kropki w Pasterce.
Ale o tym na razie staram się zbyt wiele nie myśleć. Na długim szlaku najlepiej po prostu iść przed siebie. Krok po kroku.
Używając określenia z poprzedniego dnia – pierwsze kilometry to był klasyczny „trawing”. W nocy musiało trochę popadać, bo szlak był mokry i nie była to jedynie poranna rosa. Buty szybko przemokły, ale przy świecącym słońcu nie było to jeszcze szczególnie uciążliwe.
Pierwszym celem na dziś było Schronisko PTTK Szwajcarka.
Niby tylko około 20 kilometrów, ale dziś wyjątkowo dłużyło mi się na szlaku. Chyba przez słońce, które mocno przygrzewało przy każdym podejściu poza lasem. Pot lał się z czoła, a mimo podobnego tempa marszu co poprzedniego dnia miałem wrażenie, że do schroniska wciąż bardzo daleko.

Po drodze nie wydarzyło się nic szczególnie niezwykłego. Może poza tym, że w końcu zobaczyłem na szlaku innych wędrowców. A właściwie dwie turystki.
Plecaki miały całkiem solidne, więc przez chwilę pomyślałem nawet, że może również idą Niebieskim Szlakiem Sudeckim, tylko z przeciwnej strony. Okazało się jednak, że wędrują inną trasą.
Sama Szwajcarka nie leży bezpośrednio przy niebieskim szlaku. Trzeba odbić zielonym około 10 minut. Tylko że te „10 minut” okazało się bardzo konkretnym podejściem długości może 400 metrów, ale za to ostro pod górę.
Zasapałem się porządnie zanim dotarłem do schroniska.

Na miejscu tradycyjnie pieczątka do książeczki GOT PTTK, potem pierogi ruskie i piwo bezalkoholowe. Rozsiadłem się na ławce przy wejściu, obowiązkowo zdjąłem buty do wietrzenia stóp i zacząłem analizować mapę.
Trzeba było podjąć decyzję. Zostać w Szwajcarce czy iść dalej do Czarnowa?
Było dopiero południe. Do przejścia niby tylko 16 kilometrów, ale gdy spojrzałem na przewyższenia, entuzjazm trochę osłabł. Prawie 850 metrów podejść. A przy tej pogodzie to już robiło różnicę.
Ale pomyślałem sobie: raz kozie śmierć. Jakoś to będzie.
Zjadłem pierogi, odzyskałem trochę sił i ruszyłem dalej. W głowie rosły już jednak obrazy pionowych ścian i niekończących się podejść.
W tej części trasy szlak często przypominał mi wędrówkę przez Góry Stołowe. Na ścieżce co chwilę pojawiały się duże kamienie, a po obu stronach wyrastały ogromne głazy i ciekawe formacje skalne.
Szczególnie mocno było to widać w okolicach Lwiej Góry. Chwilami miałem wręcz wrażenie, jakbym znowu wrócił na szlaki w rejonie Szczelińca czy Błędnych Skał.


Po drodze próbowałem jeszcze znaleźć nocleg w Czarnowie. I tu pojawił się problem. Wcześniej zapisane miejsca albo nie odbierały telefonu, albo okazywało się, że jeszcze nie działają.
I wtedy zrobiło mi się naprawdę gorąco. Nie tylko od słońca. Spróbowałem więc kolejnej opcji i zadzwoniłem do Pisarzowic. Tym razem udało się bez problemu. Co więcej – właścicielka okazała się tak życzliwa, że podjechała po mnie samochodem aż do Czarnowa.
Po drodze opowiadała jeszcze, że w samym Czarnowie mieszka głównie społeczność Hare Kryszna i raczej wynajmują noclegi „swoim”.
I tak oto, po ponad dziewięciu godzinach wędrówki, znalazłem się w gościnnym pensjonacie, gdzie czekała na mnie naprawdę solidna obiadokolacja.
Dawno już nie przyjąłem takiej dawki kalorii.
Teraz czas na odpoczynek. A jutro… jutro chyba trzeba będzie trochę zwolnić. Myślę, że dystans około 30 kilometrów będzie najrozsądniejszą opcją.
