Od kropki do kropki

Lepiej spróbować i wiedzieć, że się nie udało, niż żałować, że się nie spróbowało…

Bez kategorii

W pogoni za epickim śniadaniem

Drugi tydzień wędrówki czas zacząć.

Dziś jednak nastąpi mała rewolucja w moim szlakowym życiu, bo na trasę wyruszam wyjątkowo późno – dopiero po godzinie 8:00.

I nie, nie wynika to z lenistwa ani nagłego zamiłowania do długiego spania. Powód jest znacznie poważniejszy.

Śniadanie.

A dokładniej mówiąc – „epickie śniadanie”, o którym właściciel noclegu mówił przez telefon z takim przekonaniem, że zwyczajnie nie mogłem tego zignorować. Tym razem postanowiłem więc odejść od swojej tradycji rezygnowania ze śniadań w noclegowniach tylko po to, żeby wcześniej wyjść na szlak.

No bo przecież człowiek nie może przejść obojętnie obok czegoś, co określane jest mianem „epickiego”.

Dziś przede mną znowu sporo góry – blisko 1200 metrów przewyższeń. Na szczęście dystans trochę bardziej ludzki, około 28 kilometrów. Celem jest Przełęcz Kłodzka, skąd mam obiecaną szlachetną akcję ratunkowo-transportową do miejsca noclegowego.

A zatem pora powoli się zbierać.

Najpierw jednak trzeba sprawdzić, czy legenda o śniadaniu nie była przypadkiem przesadzona.

Ufff… dobrze, że ten dzień już się skończył.

Upał był dziś absolutnie bezlitosny. I choć spora część szlaku prowadziła przez las, to zamiast przyjemnego chłodu człowiek dostawał w pakiecie duchotę w wersji premium.

Ale po kolei.

Najpierw wróćmy jeszcze do legendarnego „epickiego śniadania”.

Otóż nie było w tym określeniu ani grama przesady.

Poszedłem na śniadanie pół godziny wcześniej, żeby szybciej ruszyć na szlak, więc nawet nie załapałem się na pełną ofertę. A mimo to oczy zrobiły mi się coraz większe z każdym kolejnym stołem.

Parówki na gorąco, kilka rodzajów wędlin, sery żółte w różnych odmianach, twarożki biały, zielony i chyba jeszcze pół tęczy smaków, pomidory, ogórki, papryka, rzodkiewki, jogurty, owoce, ciasto, kawa z ekspresu…

W pewnym momencie przestałem już nawet liczyć.

A na koniec pani zapytała jeszcze:

– Może jajecznicę zrobić?

Grzecznie odmówiłem, bo człowiek jednak planował iść w góry, a nie przygotowywać się do zimowania w schronie.

Takiego śniadania na szlaku dawno nie widziałem. Właściwie przypominam sobie tylko jedno podobne – po zakończeniu Głównego Szlaku Sudeckiego dwa lata temu w Prudniku. Tyle że tam był hotel. A tutaj taki sztos w zwykłej bazie noclegowej.

Choć uczciwie trzeba przyznać, że zwykle i tak nie korzystam ze śniadań w noclegowniach, bo szkoda mi czasu na czekanie. Najczęściej jem coś własnego i uciekam na szlak.

Tym razem jednak nauka była jasna:

czasem warto zaufać legendom.

Posilony niczym zawodnik przed etapem Tour de France ruszyłem na szlak. I już po krótkim czasie poczułem, że coś jest nie tak.

I wcale nie chodziło o przejedzenie.

Po prostu dopadł mnie kryzys.

No i proszę – człowiek tyle razy słyszał, że przy długich szlakach zawsze przychodzi taki dzień, a mnie do tej pory to omijało. Aż do dziś.

Nogi jeszcze chciały chodzić, ale głowa postanowiła urządzić strajk generalny.

Kilometry przesuwały się wolniej niż zwykle, wszystko zaczęło ciążyć, a pierwszą przerwę zrobiłem już po pięciu kilometrach.

Po drodze trafił się jednak bardzo fajny fragment szlaku – skalny wąwóz po wyjściu z Przełęczy Srebrnej. Skały po lewej, skały po prawej, a pośrodku człowiek z plecakiem wyglądający przy tym wszystkim jak zagubiony przecinek.

default

Po odpoczynku kryzys zaczął powoli odpuszczać. Ani przez moment nie pomyślałem o odpuszczeniu szlaku, ale głowę trzeba było trochę „zresetować”.

No i gdyby nie to piekielne słońce, byłoby naprawdę dobrze.

Dziś chyba pogodowo przypadło jakieś apogeum lata. Słońce smażyło niemiłosiernie, a nawet w cieniu lasu człowiek miał wrażenie, że chodzi po saunie ustawionej na program „Sudety Extra Hot”.

Minusem dnia był też brak większych panoram. Las, las i jeszcze raz las.

Po wyjściu z niego zatrzymałem się na chwilę w Bardo Camp. Głównie po to, żeby nacieszyć się klimatyzowanym chłodem recepcji i przypomnieć sobie, że istnieje jeszcze cywilizacja.

Potem przyszło Bardo – bardzo ładne miasteczko, pełne ludzi spacerujących po rynku i siedzących w ogródkach. Ja tymczasem wyglądałem już mniej więcej jak człowiek, który właśnie wrócił z ekspedycji przez Saharę.

Pieczątka w informacji turystycznej i dalej w drogę.

Na mapie zostało około 12 kilometrów. Niby niedużo. Tylko że razem z nimi ponad 800 metrów przewyższeń.

No i wtedy zaczęła się Kalwaria. Podejście długie, mozolne i momentami konkretne. Ludzi na szlaku było mnóstwo, co przy tym upale trochę mnie zaskoczyło.

Pot lał się do oczu, człowiek próbował oddychać, a w pewnym momencie jeszcze udało mi się… zgubić szlak.

Dla własnej obrony dodam, że przede mną szła trójka ludzi, więc uznałem, że skoro oni idą, to pewnie dobrze.

No cóż. Doszliśmy na górę. Tylko nie tą ścieżką co trzeba. I raczej nie była to łatwiejsza opcja.

Ale najważniejsze, że szczyt został zdobyty. Na górze usiadłem na ławce i przez chwilę po prostu próbowałem dojść do porozumienia z własnym oddechem.

Po takim podejściu kolejne górki nie robiły już aż takiego wrażenia. Nadal było ciężko, ale człowiek chyba przywyka do cierpienia.

Wieczorem spojrzałem na licznik płynów. 2,5 litra wypite na szlaku. A potem jeszcze kolejny litr już w bazie noclegowej.

Organizm dziś pracował na pełnych obrotach.

Muszę jeszcze wspomnieć o Przełęczy w Łaszczowej. Jest parking, są samochody, jest wszystko… oprócz ławki. Człowiek po tylu kilometrach marzy tylko o kawałku drewna do siedzenia, a tu nic.

Słabo.

Na szczęście końcówkę szlaku pokonałem już sprawnie, bo pani z noclegu poinformowała mnie przez telefon, że sklep czynny tylko do 16.

Włączyłem więc tryb „turbo piechur” i dotarłem na Przełęcz Kłodzką dosłownie kilka minut przed jej przyjazdem.

Bo noclegu na samej przełęczy oczywiście brak.

Jutro rano trzeba będzie wrócić w to samo miejsce i kontynuować marsz.

A tymczasem… spadł deszcz.

Solidnie lunęło, choć tylko na kilka minut. Ale dobre i to.

Może chociaż trochę schłodzi powietrze i jutro człowiek nie będzie się gotował żywcem na szlaku.

A teraz czas na relaks.

I jeszcze na koniec wrócę do tego legendarnego śniadania.

Naprawdę było epickie.

Okazało się bowiem, że praktycznie wystarczyło mi na cały dzień wędrówki. Oprócz hektolitrów wypitych płynów zjadłem na trasie jedynie… półtora batonika.

Coś więc jednak jest w tej teorii o „epickim śniadaniu”. Widocznie człowiek po takim posiłku przez pół dnia funkcjonuje na samym rozpędzie i sile rozpamiętywania bufetu.

Share this post

2 comments

  1. Nie mogę się doczekać na zdjęcie tego śniadania, bo w chwili kiedy piszę, napisany jest tylko początek dzisiejszej relacji. A u mnie już pora kolacji. Widocznie dzisiejszy dzień na szlaku był naprawdę ciężki.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *