Dziesiąty dzień wędrówki Niebieskim Szlakiem Sudeckim przede mną.
Dziś najkrótszy jak na razie etap tej wyprawy. Oczywiście „najkrótszy” w górskim języku nadal oznacza kilkadziesiąt kilometrów i solidne zmęczenie, więc nie ma co się zbyt wcześnie cieszyć.
Celem na dziś jest Schronisko PTTK na Śnieżniku. Około 24 kilometrów i ponad 1250 metrów podejść. Czyli klasyczne górskie: „niby niedaleko, ale cały czas pod górę”.
Za oknem pogoda wręcz pocztówkowa. Powietrze rześkie, niebo czyste, słońce jeszcze nie zdążyło przebić się zza drzew i rozpocząć smażenia piechurów.
Można więc spokojnie celebrować poranne rytuały: śniadanie, pakowanie mandżuru i ostatnie spojrzenie na mapę, które oczywiście niczego już nie zmieni.
A zatem pora ruszać dalej w drogę.
Dziesiąty dzień wędrówki zakończony.
Siedzę sobie właśnie na murku przed Schroniskiem PTTK na Śnieżniku, popijam kawę i podziwiam widoki. Aż ciężko uwierzyć, że dokładnie dwa lata temu, gdy przechodziłem tędy czerwonym szlakiem, wszystko wokół tonęło w mlecznej mgle. Wtedy samo schronisko ledwo było widać. Człowiek bardziej domyślał się jego istnienia niż faktycznie je widział.
Dziś sytuacja zupełnie odwrotna. Piękne słońce, błękitne niebo, widoczność taka, że aż chce się siedzieć i patrzeć przed siebie bez końca. Tłum turystów, który przewijał się przez schronisko w ciągu dnia, już się przerzedził. Kto miał zejść – zszedł, kto miał zostać – został. Na szczęście nie ma tu dziś klimatu Krupówek w sezonie.
Ze Starego Gierałtowa wyszedłem około 6:22. I już na dzień dobry szlak przypomniał mi, że Sudety nie uznają taryfy ulgowej.
Ponad 400 metrów podejścia na niespełna czterech kilometrach.
Do tego początek prowadził otwartym terenem, wśród wysokich traw i w pełnym słońcu. Pot zalewał oczy, oddech robił się coraz cięższy, a nogi zaczynały zadawać niewygodne pytania w stylu:
„Czy na pewno to był dobry pomysł?”

Naprawdę solidne podejście.
Na szczęście później teren trochę się wypłaszczył i szlak schował się w lesie. Tam można już było maszerować w bardziej cywilizowanych warunkach.
Po około 16 kilometrach wędrówki moim oczom ukazał się niezwykle optymistyczny widok.

Pękło 300 kilometrów Niebieskiego Szlaku Sudeckiego!
Czyli oficjalnie mogę już powiedzieć, że koniec jest na wyciągnięcie ręki. Oczywiście moje nogi chyba jeszcze o tym nie wiedzą, bo nadal zachowują się tak jakby przede mną było co najmniej drugie tyle.
Przez chwilę nawet pojawiła się myśl, żeby zrobić jakąś uroczystą fetę z tej okazji. Ale ponieważ pod ręką miałem jedynie kijki trekkingowe i spoconą koszulkę, skończyło się na krótkim uśmiechu do samego siebie i marszu dalej pod górę.
Kolejne kilometry zaczęły uciekać całkiem sprawnie. Nawet następne większe podejście gdzieś w środku dnia pokonałem bez większego dramatu, choć pot ponownie przypomniał o swoim istnieniu.
Wiedziałem jednak, że to wszystko jest tylko rozgrzewką przed daniem głównym, czyli podejściem pod Śnieżnik.
Niby tylko około 6 kilometrów. Tyle że praktycznie cały czas pod górę. Momentami bardzo konkretnie pod górę.

Tutaj skończyły się żarty i zaczęło regularne wspinanie krok po kroku. Żadnego romantycznego spacerku po górach – zwykła, uczciwa walka człowieka z grawitacją.

Na około trzy kilometry przed końcem usiadłem pod wiatą na krótszy odpoczynek. Puszka bezalkoholowego piwa została opróżniona niemal jednym haustem. Organizm przyjął ją z wdzięcznością godną pustelnika odnajdującego źródło na pustyni.
Dałem chwilę odpocząć stopom i ruszyłem dalej. Na szczęście pod koniec szlak nieco złagodniał, a ostatnie fragmenty marszu były już całkiem przyjemne. Zmieniła się też sceneria.
Las sosnowy ustąpił miejsca pięknej świerkowej alejce poprzecinanej połaciami jagodzin. Jagód jeszcze brakowało, ale klimat był już bardzo „tatrzański”. Przez chwilę naprawdę poczułem się jak na szlakach w Tatrach sprzed kilkunastu lat.

W końcu las się skończył i wyszedłem na rozległą polanę, na której stoi schronisko.

Zamówiłem obiad i w czasie oczekiwania zacząłem analizować sytuację.
Było dopiero po 13:00, więc teoretycznie można było jeszcze coś nadrobić. Problem polegał jednak na tym, że kolejny nocleg znajdował się dopiero 17 kilometrów dalej. Czyli ponad cztery godziny marszu.
A to oznaczałoby dotarcie gdzieś około 19:00.
Po krótkiej analizie strategicznej uznałem więc, że dziś rozsądek wygra z ambicją i zostaję w schronisku.
Dzięki temu mogłem przenieść się trochę w czasie do dawnych lat moich tatrzańskich wędrówek. Klimat schroniska jest dokładnie taki jak kiedyś. W pokojach brak gniazdek, więc od razu przypomniały mi się stare czasy, gdy człowiek kombinował jak naładować telefon.
Powerbanków jeszcze wtedy praktycznie nie było. Królowały za to przejściówki wkręcane zamiast żarówki. Człowiek ładował telefon i jednocześnie modlił się, żeby nikt z obsługi nie wszedł do pokoju.
Dostałem pokój czteroosobowy. Na razie jestem sam. Ciekawe, czy ktoś jeszcze dotrze wieczorem, czy dziś będę miał luksus w postaci prywatnego „apartamentu”.
Przede mną jeszcze trzy dni wędrówki.
Jutro celem jest Gniewoszów. I muszę przyznać, że znalezienie noclegu graniczyło dziś niemal z cudem. Obdzwoniłem kilka agroturystyk. Wszędzie albo brak miejsc, albo propozycja wynajęcia całego domu za jakieś kosmiczne pieniądze. Już powoli zacząłem rozważać nocleg pod mostem albo budowę szałasu z kijków trekkingowych.
I wtedy, dosłownie w ostatnim miejscu, pani zgodziła się mnie przyjąć.
Jak sama powiedziała – tylko dlatego, że idę długodystansowym szlakiem. Normalnie nie przyjmują rezerwacji na jedną noc.
Muszę przyznać, że bardzo miłe są takie gesty wobec piechurów. Pierwszy raz spotkałem się z czymś takim na tej wyprawie. I oby więcej było ludzi z takim podejściem do zmęczonych włóczykijów z workiem na plecach.
A teraz czas na odpoczynek i dalsze delektowanie się górskim wieczorem.

Jezu, prawie półtora kilometra w pionie !
Moi rodzice wspominali, że w 1960 roku, wjechali „Syrenką” na Śnieżnik. Z Twoich zdjęć widzę, że faktycznie prowadzi tam jakaś droga.
Pod schronisko prowadzi droga ale gdzieś na dole jest na pewno zakaz wjazdu dla turystów.